poniedziałek, 4 marca 2013

nic nie zrobię że taki długi...tyle się dzieje ;)

Ostatni post jaki dodałam opisywał egzotykę afrykańskich przepisów drogowych i ekstremalnych warunków ( na standardy zachodnie) poruszania się środkami komunikacji miejskiej.

Tego posta chcę zacząć od świadomego wyznania że „całym sercem tęsknię za polskimi drogami”. Ostatnie dwa tygodnie poruszałam się po różnych drogach, tych które uchodzą za główne i tych które wiodą do głębokiego buszu. Z niewielką różnicą pomiędzy nimi, jestem wdzięczna że moja głowa wciąż jest na karku, nie mniej jednak moje ciało jest obolałe od nieustannego obijania się w samochodzie lub autobusie. W tym czasie odkryłam mięśnie o których wcześniej nie miałam pojęcia, a które w tych ekstremalnych doświadczeniach dały o sobie znać. Kiedyś ktoś powiedział że jazda po afrykańskich drogach jest masażem. Dzisiaj stwierdzam, że jest ona wyzwaniem. I jak jednorazowa przejażdżka może być niezapomnianą przygodą, tak kontynuowana przez dłuższy czas może okazać się traumą.
Ale zacznijmy od początku, jak to się stało że tyle czasu spędziłam przemieszczając się z jednego miejsca na drugie i gdzie mnie w ogóle wywiało? Pamiętacie Eunikę, 19-letnią polkę z którą (między innymi) dzieliłam przez miesiąc pokój? Otóż Eunika poznała na FB nastolatkę z południowej Ugandy, z którą też utrzymywała kontakt. W trakcie utrzymywania tej wirtualnej relacji okazało się że tato Talent (tak nazywa się owa ugandyjka) jest pastorem kościoła. Skracając tą zwariowaną historię do minimum, gdy dziewczyna dowiedziała się że Eunika jest w Ugandzie nalegała by ta ją odwiedziła. Gdy Eunika zdecydowała się na podróż do Ntuntgamo na samym południu Ugandy, zapytała czy nie chciałabym jej towarzyszyć. Moje towarzystwo było chyba podrzędną sprawą, myślę, że obecność „starszej cioci” dała i tak mega odważnej Eunice większe poczucie pewności i bezpieczeństwa, w tym nieznanym miejscu i pośród obcych ludzi. Zgodziłam się i tak wtorkowego poranka udałyśmy się w kilku godzinną drogę z pastorem Stempsonem, tatą Talent, który też przyjechał po nas dzień wcześniej żeby oszczędzić nam dwóch przesiadek na trasie do jego rodzinnego miasteczka. Droga była długa ale i owocna. Jako że wiodła nas nie daleko Queen Elizabeth Park, przy drodze widziałyśmy gazele i słonie. Jedno miejsce było interesujące, po prawej była szkoła podstawowa a po lewej stronie drogi były buffalo/bawoły. Krajobraz zmieniał się kilka razy, z górzystego na totalną sawannę, z plantacji herbaty które ciągnęły się gdzie okiem sięgnąć po plantacje drzew bananowych. Ostatni przystanek, zanim dotarłyśmy do celu, był wyjątkowy. Zatrzymaliśmy się w Kitagata Hot Springs. Piękne miejsce, z gorącymi źródłami z górami w tle. Na zachodzie ta okolica byłaby idealna na jakiś kurort wypoczynkowy z atrakcją turystyczną. Dla tutejszych, miejsce to wiąże się z nadzieją na uzdrowienie, gdyż wielu wierzy że wody te mają działanie uzdrowieńcze. Gdy wyszłyśmy z samochodu, poszłyśmy nad same źródełka gdzie dziesiątki ludzi zażywało kąpieli. Jedni mając głęboką nadzieję że dzisiaj będzie ich szczęśliwy dzień, inni z mydłem w ręku korzystali z faktu, że woda jest przyjemna i brali ciepłą kąpiel myjąc swoje ciała. Prawdopodobnie to miejsce było jedynym w okolicy, gdzie bez zagotowania wody w garnku, była ona gorąca. Miejsce to skojarzyło mi się z sadzawką zwaną Betezdą, gdzie raz na jakiś czas stępował anioł i poruszał wodą. Pierwszy chory który do niej wszedł był uzdrowiony. Różnica jest taka , że w Kitagata wszyscy moczyli się w wodzie czekając na cud. Rozglądając się dookoła, nagle dotarło do moich uszu pytanie pastora czy możemy głosić do tych ludzi ewangelie. Kilka minut później znalazłam się stojącą na kamieniu i głoszącą ewangelię do tych półnagich ludzi, którzy wierzą że ciepła woda ich uzdrowi. Kilkadziesiąt z nich uwierzyło w Jezusa, wielu wyszło z wody prosząc o modlitwę.

Hot Springs, Kitagata
Kolejne dni były bardzo intensywne. Naszą wizytę zaplanowano bardzo skrupulatnie, wykorzystując czas maksymalnie. Praktycznie codziennie odwiedzałyśmy szkoły, opowiadając tym młodym ludziom o Bogu, który od zawsze szuka ludzkiego serca. Bogu, który nie jest tylko religijnym obowiązkiem ale który stworzył nas dla relacji i dla swojej miłości. Bogu który jest żywy! Dziesiątki uwierzyły w Jezusa!
Wiele się w tym czasie działo, zaproszono nas na konferencje chrześcijańską w buszu, i na trzy dniową krucjatę (w Polsce nazywamy je po prostu ewangelizacjami ulicznymi). To był bardzo konstruktywny czas i bardzo wyczerpujący. Poza gorącem przez które uchodziła z nas energia, dojazd do każdego z tych miejsc był czasochłonny i męczący. W swoich notatkach, praktycznie po każdym dniu zapisywałam „...droga była w opłakanym stanie. Przez cały czas miałam nadzieje że głowa zostanie mi na karku, czasami nawet trzymałam ją z obawy że się urwie. Niekontrolowanie rzucała się na wszystkie strony, czułam się jak na koncercie heavymetalowym...”



moje kumpele z krucjaty ;)

W jednej ze szkół z tymi którzy uwierzyli ;)
Po 6 dniach tego maratonu, nocnym autobusem zabrałyśmy się do Kampali po kolejną przygodę. Noc ta należała do jednej z gorszych. O śnie nie było mowy. Ale nieprzespana noc to jeszcze nie tragedia. Znowu czułam się jakby mnie ktoś wsadził do pralki i nastawił wirowanie na 5h. Próbowałam się nawet przykleić do fotela żeby mną tak nie rzucało, ale przy takich wstrząsach nawet rzep by się odkleił. Ale już koniec...koniec z tą traumą. Wierzę że widzicie już obraz, który próbuje przed wami wymalować ;) Do Kampali dotarłyśmy przed 5 rano, jeszcze było ciemno. Mogłyśmy przeczekać około 2h i tak też uczyniłyśmy, skoro i tak nie wiedziałyśmy gdzie iść. W międzyczasie, gdy na samym końcu autobusu próbowałyśmy odpocząć po podróży, okradli Eunikę. Z całego bagażu, który miałyśmy, brakowało jej podręcznej torby. Dzięki Bogu nie miała w niej dokumentów ani żadnych wartościowych rzeczy, ale jakieś drobne pieniądze i rzeczy, bez których jak stwierdziła może żyć. Jedna pani z dzieckiem, bardzo przejęła się zaistniałą sytuacją. Poprosiłyśmy ją by zaprowadziła na do jakiegoś bezpiecznego miejsca gdzie mogłybyśmy przeczekać aż do czasu, gdy ktoś nas odbierze. Przytaknęła, i prowadząc swoje dziecko za rękę zaczęła iść, torując drogę z przystanku autobusowego do naszej „ostoi spokoju”. Nagle, podczas gdy kobieta ta wciąż szła jak przecinak do miejsca celu, razem z Euniką zatrzymałyśmy się, zastanawiając się, gdzie ona nas prowadzi. Tuż przed naszą „ostoją spokoju” naszym „bezpiecznym schronieniem” odbywała się bijatyka, w którą zaangażowanych było co najmniej 10 mężczyzn. Kobieta ta, jakby nie widząc całego zgiełku, który odbywał się tuż przed nią, pytającym gestem z niecierpliwością w głosie spytała dlaczego nie idziemy? Spytałyśmy jeszcze raz, czy jest pewna że to miejsce będzie bezpieczne, na co ona że tak. No cóż, okazuje się że bezpieczeństwo jest pojęciem względnym. Mijając wrzawę po prawej, weszłyśmy do małego baru, który przez kolejne godziny był naszym schronieniem. Pan barman, młody człowiek, okazał się bardzo miły i również bardzo przejęty kradzieżą z autobusu. Koło 11:00 przyjechał po nas Henry, pracownik Sunrise, który zabrał nas do domu Betty, która też ugościła nas po iście królewsku. Gdy weszłyśmy do jej domu a potem do pokoju, który nam udostępniła byłyśmy oniemiałe...jedynie wow pozostawało na naszych ustach. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo byłam zmęczona, i to nie tylko fizycznie. Przez ostatni tydzień ludzie z południa Ugandy, ugościli nas najlepiej jak mogli, co było dla nas wielkim błogosławieństwem. Nie chce brzmieć tak jakbym narzekała, daleko mi to tego. Jestem w Afryce nie pierwszy dzień i wiem w jakich warunkach ludzie żyją. Gdy jednak usiadłam na łóżku, które zamiast moczem pachniało świeżością, gdy wzięłam ciepły prysznic w czystej łazience, zamiast zimny w obskurnym pomieszczeniu z robakami, gdy zjadłam posiłek przy stole zamiast z talerzem w powietrzu lub na kolanach...byłam wzruszona i uświadomiłam sobie jak bardzo zmęczona. Ale nasz Tata wie, że potrzebujemy wytchnienia. Sam po 6 dniach stworzenia odpoczął, i chce byśmy i my znaleźli odpocznienie w Nim. On wie co jest dla nas najlepsze. Resztę tego dnia po prostu odpoczywałyśmy nie robiąc nic. Kolejny dzień był dla mnie bardzo ważny jako że miałam spotkać się z Josephine, dziewczynką, którą od kilku lat sponsoruję.

Z Josephiną ;)
Tak na marginesie, to dla tych którzy nie mają pojęcia o jakiego rodzaju sponsoringu piszę to pozwólcie ze wam powiem i zachęcę byście może w przyszłości mogli zrobić to samo. Sunrise jest organizacją, która pomaga sierotom w edukacji. Szkolnictwo w Ugandzie jest płatne, dlatego często te najuboższe dzieci nie mają szans by skończyć szkołę. Sunrise w swoim projekcie ma 4 swoje szkoły ale także współpracuje z szkołami państwowymi. Adopcja na odległość, pomaga dzieciakom opłacić czesne i zaspakaja podstawowe potrzeby dziecka. Przez 3 dni miałam okazje bliżej przyjrzeć się projektom i ich pracy i jestem pod ogromnym wrażeniem. Ludzie ci są szczerzy, pracowici i oddani by pomagać tym, którzy nie mają nadziei. Po kilku latach w końcu udało mi się zobaczyć i poznać osobiście Josephine. Ta chwila zapadnie mi w pamięci na długo, byłam zestresowana i przejęta, ale prawda też jest taka że byłyśmy sobie zupełnie obce więc nie oczekiwałam że rzucimy się sobie w ramiona. Ciesze się że mogłam poznać jej rodzinę, mamę chorą na AIDS i rodzeństwo, zobaczyć dom w którym mieszka i szkołę do której chodzi. Zachęcam i polecam każdemu, kto chciałby przyłożyć rękę do czegoś dobrego. To kilkadziesiąt złotych miesięcznie, które często są dla nas wypadem do kina lub kawiarni, robią wielką różnice dla tych dzieci. Organizacja jest sprawdzona i wysoko przeze mnie rekomendowana. Po więcej informacji piszcie na priv!!!
Podczas tego tygodnia w Kampali zdążyłam popłynąć na wyspę Bussi na jeziorze Wiktoria, by odwiedzić dwoje dzieciaków, które są sponsorowane przez kościół Euniki w Chojnicach (ależ zbieg okoliczności, że mamy dzieciaki w tej samej organizacji...a może nie ;)), załatwić sobie nową wizę do Rwandy i pożegnać Eunikę na lotniku w Entebe, która po 6 miesiącach Afrykańskiej przygody wróciła już do domu. Teraz jestem już w Kyenjojo. Mirka i Henry są wciąż w Kampali, wrócą prawdopodobnie pod koniec tygodnia. Po tych wszystkich wojażach bycie w pustym domu sprawia mi nawet przyjemność. Cisza spokój, czas by nabrać sił przed kolejną przygodą...Niech się dzieje! ;)

poniedziałek, 18 lutego 2013

Drogówka

Życie tutaj jest do góry nogami. Ostatnio jechałyśmy z dziewczynami do Kaihury do sierocińca. W Kyenjojo na wylocie z miasta jest miejsce gdzie zatrzymują się samochody osobowe, które są tutaj poza motorynkami, jednym z głównych środków transportu. Wiedziałam że jeśli chodzi o liczbę pasażerów w lub na pojeździe to wyznawana jest zasada „ile wlezie tyle bierzem”.

Zdarzało nam się widzieć mototaxi na której siedziało 5 osób plus bagaże, a raz nawet 6 ludzi (3 dorosłych i 3 dzieci). Ja sama pierwszego wieczora, gdy dojechałam do Kyenjojo, zostałam posadzona na bode (czyli mototaxi) z dwiema walizkami i plecakiem. Już po zapakowaniu wszystkiego, ciężko było widzieć motorynkę, nie mówiąc o tym że miałam się na nią zmieścić ja i kierowca. Jestem pewna, że fakt, że kierowca siedział mi na miednicy, bo przed nim była już tylko kierownica, umożliwił nam tą jazdę i tak w jednym kawałku dotarłam do celu. Ale wracając do podróży do Kaihury. Znalazłyśmy 6 osobowa taksówkę, w której już 4 kobiety były pasażerami. Kiedy pojawiłyśmy się to myślałam że 7 pasażerów plus kierowca to o dwie głowy za dużo więc ruszymy. Ja już siedziałam na kolanach Pauli obok dwóch starszych pań z czego jedna swoją masą śmiało mogłaby zając półtora siedzenia. Niemądra ja... Po chwili pojawiła się jedna mamka, która usiadła od strony kierowcy. Zaczęłam ją zaczepiać „ hej mama czy ty jesteś kierowcom” co wymalowało wszystkim uśmiech na twarzy. Tak czy inaczej wciąż czekaliśmy na kierowcę. Po chwili ponownie od strony kierowcy wsiadł mężczyzna, który nie przypominał tego, który pierwotnie siedział za kierownicom. Nagle drzwi od strony pasażera otworzyły się i jakiś nastolatek zaczął wpychać się do przodu. To było już czterech pasażerów a kierowcy wciąż nie było. Podczas gdy ja wciąż z otwartą buzią obserwowałam co się dzieje z przodu samochodu pojawił się kierowca, który dzieląc siedzenie z pasażerem odpalił samochód i ruszył – z 12 osobami. Ostatnio Paula jechała w zapakowanej taksówce gdzie ludzie siedzieli na kolanach ludziom. Nagle taksówkę zatrzymał policjant. Siedząc w 6 osobówce w 11 osób można pomyśleć że mandat będzie jak nic...ale nie w Afryce. Policjant otworzył przednie drzwi taksówki i jako 4 pasażer usiadł na krawędzi fotela po czym samochód ruszył dalej. This is Africa ;)

Uganda

Podróż do Ugandy była długa, ale dzięki Bogu bezpieczna. O godzinie 18:00 wyruszyłam z Kigali autobusem, który był całkiem komfortowy. Byłam bardzo szczęśliwa że przez to 11 godzin nie musiałam z nikim dzielić siedzenia. Jazda minęła bez żadnych niespodzianek. Na granicy trafiłam na miłą celniczkę, która bez zbędnych pytań dała mi wizę na 3 miesiące. Przed 5 rano dotarłam do Kampali, stolicy Ugandy. Wciąż przy świetle gwiazd odebrałam swoje dwie walizki i nim się obejrzałam, taksówkarze i mężczyźni, którzy na ulicy wymieniają walutę, obeszli mnie próbując sprzedać swoje usługi. Moje stanowcze „nie” i zmęczony wyraz twarzy, który na pewno był przekonywający, po kilku minutach rozgonił towarzystwo. Tuż koło miejsca gdzie zatrzymał się autobus był otwarty Pub do którego też się udałam. Siadając przy stoliku modliłam się, żeby Tata wysłał anioła by mnie strzegł i by pomógł mi jakoś skontaktować się z pastorem, który miał po mnie kogoś wysłać. Po chwili w drzwiach pojawił się mój anioł, który poza mną był jedynym żółtoskórym „muzungu” na horyzoncie. Luo Wei towarzyszył mi w pubie przez cały czas (czyli jakieś 8 godzin), udostępniając mi także swój telefon bym mogła zadzwonić pod jedyny numer, który posiadałam. To był długi dzień, zanim dotarłam do miejsca docelowego, jeździłam po Kampali motorynką z walizkom na plecach (nie dla przyjemności, musiałam jakoś dostać się na drogę wylotową skąd zabrano mnie dalej) i poznałam grupę sympatycznych polaków z którą przez około 4h jechałam busem do ostatniej stacji, dzieląc siedzenie z synem pastora. W końcu około godziny 18:00 znalazłam się z Kyenjojo. W tym małym miasteczku zatrzymałam się u misjonarzy Mirki i Henrego, niezwykłego małżeństwa, które na cały ten czas będzie gościć mnie u siebie. Na miejscu poznałam dwie polki Paule i Eunikę, które zostaną z nami do końca lutego. Obie dziewczyny są zabawne i mają serca, pełne współczucia i gotowe by dawać. Jestem nimi bardzo zachęcona.
Uganda niewiele różni się od Rwandy, morze ubóstwa i potrzeb zalewa to miejsce. Ludzie są serdeczni i ku mojej miłej niespodziance, wielu mówi po angielsku. Od miasteczka rozchodzi się wiele dróg, które prowadzą do buszu, gdzie mieszkają ci najubożsi. Mieszkanie w którym się zatrzymałam jest na uboczu, jakieś 3 km od głównego skrzyżowania. Wraz z dziewczynami codziennie pokonujemy ten dystans, po drodze poznając najbliższe sąsiedztwo, które jak się okazało jest miksem różnych religii. Mimo wszystko jednak, gdy muzułmańskie dziecko choruje, mama nie wzbrania się modlitwy o nie w imieniu Jezusa. Takie sytuacje skłaniają mnie do rozmyślania o ubóstwie, przesiąkniętym desperacją, które skłania tych ludzi do tego, by zwrócić się o pomoc do nieznanego Boga. Shakila Angel po dwóch dniach była całkowicie uzdrowiona ;)

Shakila Angel z mama w tle ;)
Przez pierwsze dni, nasza czwórka, czyli Paula, Eunika i Adam, który również jest wolontariuszem w „Bringing Hope to the Family”, jeździliśmy do pobliskiej wsi, gdzie w buszu malowaliśmy szkołę. Niektóre klasy szkolne były siedziskiem szczurów/mysz (ilość kup na to wskazywała) i robaków – na samo wspomnienie się wzdrygam. To była nużąca praca, po kilku dniach przyznam się, że miałam dość malowania. Nie mniej jednak, mimo kiepskiej kondycji ścian, po odmalowaniu efekt był zadziwiający. W drodze do szkoły, idąc najgorszą ulicą w Kaihurze (jak to skomentowała Paula), mijaliśmy dzieci, które ze swoimi rodzinami mieszkają w buszu. Podekscytowane dzieci zawsze radośnie za nami krzyczały „how are you”, czasami przybiegając i witając nas uściskiem dłoni. Gdy nie zapomniałyśmy cukierków z domu, rozdawałyśmy je napotkanym skarbom, które z geście wdzięczności często przyklękały. Na początku czułam się niewygodnie, nie rozumiejąc że ten gest jest częścią tutejszej kultury i oznacza szacunek i respekt do osoby przed którą się kłania. Ta wiedza, stłumiła moje wewnętrzne oburzenie i teraz sama kłaniam się przed każdym kto mi się kłania. Jednego dnia, zabrałyśmy cukierki ciastka i mleko, ciuchy, które Płock wysłał w paczce z przyborami szkolnymi, kupiłyśmy kilka par klapek (dzień wcześniej zmierzyłyśmy patykami stopy dzieciakom) i zawiozłyśmy do buszu. Ależ była radość, cudowne doświadczenie, jedno z moich ulubionych tutaj. W Kaihurze jest również sierociniec, w którym Paula ma chłopca, którego sponsoruje. W domu tym mieszka około 50 dzieciaków, z czego spora część to maluchy do 2 roku życia.

Dzieciaki z sierocinca w Kaihurze - lunch time

Najgorsza ULICA w Kaihurze ;)

Chlopiec z buszu
Poza tym w Kyenjojo i okolicach są jeszcze dwa sierocińce, z których dzieci są sponsorowane przez polaków. W każdym tygodniu odwiedzamy te miejsca, spędzając czas z dzieciakami, prowadząc studium biblijne z nauczycielami z różnych szkół w trzech wsiach i usługując w okolicznych kościołach. Najczęściej wychodzimy rano i wracamy do domu późnym popołudniem, intensywność dni powoduje że czas mija mi tu szybko. Czasami tyle się dzieje na przestrzeni dni że trudno mi uwierzyć, że dopiero miesiąc jestem w tym miejscu. Praca tutaj bardzo różni się od tej w Rwandzie, głównie dlatego, że zakres działania sięga dalej niż tylko miejsce zamieszkania. Mam ogromną frajdę z poznawania okolicy i jej mieszkańców, sprzedawców, sąsiadów z podwórka, dzieci z ulicy. Pewnego dnia spotkałam Johna, chłopca który na ulicy zwrócił moją uwagę. Jak wiele tutejszych dzieci miał obdarte ciuchy i był bez butów, ale jako jedyny, nie narzucał się i nie żebrał, ale zwyczajnie obdarzał mnie ciepłymi uśmiechami. Na chwilę zgubiłam go z oczu, ale kiedy znaleźliśmy się ponownie, zabrałam go do domu by dać mu plecak, piórnik, nową koszulkę i buty, które jak się okazało pasowały prawie idealnie. Na drugi dzień wrócił w nowej koszulce i klapkach by się przywitać. Nakarmiłam go a potem siedzieliśmy sobie miło spędzając czas na rozmowie (a raczej próbach rozmowy), czytaniu biblii w rootoro i modleniu się o chorą sąsiadkę.

John ;)
Codziennie kraj ten zadziwia mnie swoją innością, klimatem którego nie jestem wam nawet w stanie porównać do czegoś w Polsce. Na poczcie nie ma znaczków, w kafejce internetowej często nie ma internetu lub prądu co jest jednoznaczne z brakiem sieci w kafejce, na stacji benzynowej nie ma paliwa, każdy chodzi i jeździ jak chce, a fakt że jest tu ruch lewostronny jeszcze bardziej robi wrażenie totalnego chaosu. Lokalni, a zwłaszcza dzieci wciąż zaczepiają nas na ulicy, chociaż z każdym dniem zwracamy na siebie coraz mniejszą uwagę. Mimo tej „egzotyki” czuję się tutaj coraz bardziej swojsko, mimo barier językowych coraz śmielej targuję się na markecie, nie lubię gdy z powodu koloru skóry chcą mnie oskubać z pieniędzy. Bose, półnagie dzieciaki z sąsiedztwa nabrały śmiałości w naszym towarzystwie. Jednej soboty poszłyśmy nawet do jednej sąsiadki na lunch. Gospodyni i my przygotowaliśmy coś do jedzenia i tak przy posiłku miło spędziliśmy czas.
Jesteśmy na przełomie pory deszczowej i suchej. Coraz rzadziej pada deszcz, co sprawia że kurz uliczny, który porywany w górę przez przejeżdżające motorynki i samochody unosi się w powietrzu niemal nieustannie, okrywa jakby swoim płaszczem przydrożną zieleń, która z każdym dniem jest coraz bardziej brązowa. Zazwyczaj jestem zlana potem zanim jeszcze wyjdę z domu, dni bywają bardzo upalne. Czasami jest tak gorąco że mimo tylko zimnej wody, wieczorami jest ona tak nagrzana słońcem że wydaje się ciepła. Hmmm a może woda jest wciąż zimna, tylko nagrzane słońcem ciało daje mi takie złudzenie...
Na razie to tyle kochani. Pozdrawiam was cieplo ;)

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Afryka ciąg dalszy

Zaczynam mieć podejrzenia ze czas w Afryce upływa szybciej. Nawet nie wiem kiedy, dwa miesiące minęły mi jak jeden dzień. Nie jest dobrze zaniedbywać się z pisaniem, bo teraz nie wiem od czego zacząć...
Cały czas w Rwandzie był niesamowity, począwszy od powitania mnie na lotnisku przez dzieciaki, po Święta, Nowy Rok, aż do dzisiaj, mojego ostatniego dnia w sierocińcu. Pobyt ten różnił się bardzo od poprzednich, nie tylko dlatego że misjonarze z którymi mieszkam są nowi, a w zasadzie co miesiąc zmieniali się dyrektorzy, z tymczasowych na nową rodziną która przejęła obowiązki od nowego roku. W relacji z dzieciakami wystartowałam z nowego miejsca, miejsca zaufania i akceptacji. Coraz bardziej odkrywam, że gdy wiesz kim jesteś zaczynasz chodzić w tej niezwykłej wolności. Wolności do tego by służyć innym. Koncepcja jeszcze nie zrozumiana przez nich, wciąż spotyka się z zadziwieniem, że mimo tego iż nie muszę, robię. Piorę ubrania dzieciaków, podlewam ogród, noszę kompost na pole, pomagam w kuchni, prasuje uniformy szkolne, a każda z tych czynności zajmuje godziny bo dotyczy 60 osób. I chociaż z jednej strony wydawałoby się że mogłabym robić dla nich coś pożyteczniejszego, to jednak wiem że te codzienne czynności, które dają mi możliwość zrozumienia i utożsamienia się z nimi, przyniosą zmianę i zrozumienie tego, że im większym chcesz być tym bardziej stajesz w pozycji sługi, nie dlatego że musisz ale dlatego że chcesz. Miejsce to wcale nie będzie podyktowane, niskim poczuciem wartości, ale fundamentem będzie miłość i zrozumienie tego kim są.
W grudniu miałam urodziny, które tym razem chciałam świętować z wszystkimi. Dlatego kupiłam pączki dla wszystkich domowników i pracowników sierocińca by przy wspólnym „stole” skonsumować je przy afrykańskiej herbacie. Ku mojej wielkiej niespodziance, poza stosem laurek, liścików i życzeń dostałam prezent, wielki kosz pełen owoców i jajek ozdobiony biało-czerwoną kokardą, która od razu skojarzyła mi się z Polską.
Święta minęły nam świetnie, uczta była wyśmienita – mamki spisały się na medal, dzieciaki były zadowolone z prezentów. Dwie paczki, które wysłałam tuż przed wyjazdem doszły na czas, dlatego piórniki i resztę prezentów, które to wy zakupiliście kochani znalazły się w paczkach świątecznych i sprawiły wiele radości. W niedzielę przedświąteczną zorganizowaliśmy paczki dla ludzi z wioski, która jest tuż obok boiska na którym co niedziele gramy w piłkę nożną. Walizka ubrań plus ponad 40 nowiusieńkich koszulek, zasponsorowanych przez Ashera, wolontariusza, który w tym czasie nas odwiedzał. Wielka torba maskotek, ponad 100 bułek, paczek ciastek i lizaków, tym wszystkim błogosławiliśmy wszystkich, którzy zebrali się gromadnie wokół nas. Nie jestem w stanie opisać tego jak się czułam zatrzymując się dla każdego dziecka z osobna, by spojrzeć mu w oczy, zapytać o imię i włożyć na nie koszulkę, by czasem nikt nie zabrał mu jej w drodze do domu. To był niesamowity czas. Po całej akcji, która odbyła się bez żadnej dramy i przykrych niespodzianek pod tytułem „tłum zmasakrował grupę sierot podczas rozdawania chleba”, z niemałą grupą mamek i dzieciaków modliłam się o zbawienie. Całe to wydarzenie dokonało niezwykłych rzeczy, dzieciaki, które zawsze były z rezerwą, nieufne od tego dnia począwszy, przytulają się i są chętne do zabawy. Dla naszych czempionów była to świetna okazja by uczyć się dawać. To było bardzo mocne, widzieć jak sieroty błogosławią tych którzy są w potrzebie. To był piękny dzień.
W nowy rok na dwa tygodnie przyleciał Isaac wraz z Henrym. Serena wróciła do pracy i nie była w stanie przybyć tym razem. Ekstra było widzieć ich ponownie, powspominać „stare czasy”, podzielić się wrażeniami z powrotów do domu. W międzyczasie przybyli nowi dyrektorzy, 6 osobowa rodzina. Amerykanie pochodzenia hiszpańskiego – bardzo przyjaźni, głośni, zabawni, muzyczni, uprzejmi, dobrze nam się współpracuje razem, co jest przecież tak bardzo ważne.
W pierwszym tygodniu stycznia dzieciaki wróciły do szkoły co spowodowało małe zmiany w codziennej rutynie. W nowym roku doszły do nas również dwie paczki z przyborami szkolnymi i słodyczami wysłane przez Piotra Syskę i jego uczniów z Gostynina. Bardzo wam dziękujemy za każdy dar który wysłaliście. Po raz pierwszy w życiu te dzieciaki mają piórniki i pełny zestaw przyborów szkolnych ;)
Za godzinę wyruszam w dalszą podróż w nieznane. Dlatego muszę kończyć, i chociaż mam lekki niedosyt dzielenia się z wami wrażeniami to jednak wiem że jak za chwilę nie udostępnię tego posta to nie wiem kiedy to zrobię.
Życzę wam wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku!!!

piątek, 2 listopada 2012

1169 słów z Polorandii

Wow, kto by pomyślał że już 3 miesiące minęły odkąd moja stopa stanęła na polskiej ziemi. Cudownie było przypomnieć sobie jak to jest miło w letnie wieczory, kiedy słońce zachodzi nie o 18 ale koło 22. Wyciągnąć z szafy sandały, które kupione 2 sezony temu po raz pierwszy założyłam na nogi. Być przy pożegnaniu lata i powitać jesień, która zachwyca swoimi krajobrazami, kolorami i rześkim powietrzem. Wiele się wydarzyło, w wielu miejscach byłam i wielu ludzi poznałam...czuje się bogata. Ale zacznijmy od początku... Kiedy wróciłam do Polski za bardzo nie wiedziałam co robić, moje serce wciąż było w Rwandzie i przez pierwsze tygodnie średnio co 2h myślałam o tym, co w danym momencie robią dzieciaki. Byłam zdesperowana by usłyszeć od Taty co mam robić . Ponieważ doświadczam tego, że Jego pomysły na życie są trafione w dziesiątkę, chciałam usłyszeć gdzie pójdziemy i co zrobimy następnego. I chociaż jest w nas ludziach pewna duma która, gdy musimy czekać woła "łaski bez" znalazłam się w miejscu, w którym bez Jego łaski nic nie chce bo jest ona lepsza niż życie. Wiecie, Bóg jest tym, który ma usta by mówić i uszy by słyszeć i ta pewność w naturalny sposób rodzi we mnie oczekiwanie by nie tylko monologiem ale konwersacją trwać w relacji z Nim - tak jest dużo łatwiej ;) Rozmawiałam więc z Nim oczekując, że wyraźnie będę wiedziała, w którą stronę zrobić kolejny krok. I odpowiedział ;) W sierpniu pojechałam na Mazury na obóz chrześcijański, który zorganizowany był w przepięknym ośrodku w samym środku lasu nad jeziorem. Idealne miejsce by wyciszyć się i oddzielić od możliwości i propozycji tego co mogę zrobić ze swoim życiem. Każdego dnia wstawałam wcześnie rano, zanim obóz obudził się do życia, i szłam nad jezioro żeby spotkać się z Tatą i rozmawiać z nim o mojej przyszłości. Pamiętam jednego poranka, stałam nad brzegiem wody, zamknęłam oczy i wołałam do Niego, że tak bardzo chce Go widzieć, tak bardzo chce na nowo zachwycić się Jego pięknem. I kiedy tak wylewałam swoją tęsknotę za Jego obecnością w powiewie wiatru usłyszałam głos "Otwórz oczy". Kiedy je otworzyłam zobaczyłam przed sobą niewzruszoną taflę jeziora, które napawało pokojem, nad nim unoszącą się mgłę która jakby zwiastowała tajemnicę, niosła ze sobą nowe ale ukryte rzeczy, nie słyszane i nie widziane jeszcze przez człowieka. Dookoła jeziora las którego wysokie, dumne drzewa zachwycały majestatem. W całej tej scenerii było coś niezwykłego, dzikiego, zapierającego dech. Obecność Taty była ze mną, kocham takie chwile. Kiedyś ktoś powiedział że jeden dzień w Jego obecności jest lepszy niż tysiąc gdzie indziej...i chociaż myślę że moje doświadczenia są tylko namiastkom tego czym jest Jego obecność to i tak jestem gotowa właśnie dla nich żyć, oczekując więcej. Wtedy nic nie wydaje się niemożliwe, ucieka wszelki lęk i strach, obawa przed przyszłością i tym co przyniesie. Wtedy ucicha nieustanna weryfikacja własnego życia, tego czy jest konstruktywne, czy osiągnęłam wystarczająco dużo, czy nie zmarnowałam czasu, presja by zbudować w życiu dzieło, które będzie miłe dla oka ludzkiego i zapewni mi akceptację otaczającego mnie świata. Pozostaje tylko czysta, pełna akceptacja płynąca z Jego obecności, miłość Doskonałego Boga do niedoskonałego stworzenia, która, uwierzcie mi - wystarczy. Podczas tego tygodnia, znalazłam odpowiedź na pytanie "co dalej?" I tak za 3 tygodnie wracam do Afryki, kraju który w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób stał się moim drugim domem.
Po Mazurach zaczął mi się intensywny czas. Do końca nie wiedząc jak to się dzieje, zaczęłam jeździć do różnych miejsc by podzielić się moim doświadczeniem w Afryce. Haha , jestem ostatnią osobą której przyszłoby do głowy, że będę miała "wpływ" na kilka pokoleń...ten kto mnie zna wie, że w wystąpieniach publicznych nie czuję się jak ryba w wodzie, wręcz przeciwnie, czuję że wyciąga się mnie z mojego naturalnego środowiska do tego, którego zupełnie nie znam i w którym brakuje mi powietrza. Tak czy inaczej zapraszano mnie do przedszkoli, szkół podstawowych, gimnazjów i technikum, domów pomocy dla osób starszych i kilku kościołów w tym kościoła z rodzinnej parafii w Bełchatowie. I chociaż każde takie spotkanie jest dla mnie wyzwaniem i z utęsknieniem czekam na chwilę kiedy będę znowu ukryta w miejscu, widziana tylko przez Tatę i co najwyżej 60-ciu Wspaniałych , po każdym z nich czuje się syta i uprzywilejowana że mogę mówić do tak licznych grup. Wrażeniem, które pozostawało mi po prawie każdym spotkaniu jest takie, że w każdym drzemie, ta może często trudna do zdefiniowania, tęsknota za tym że w życiu chodzi o coś więcej niż tylko konsumpcję. Tęsknimy za czymś co wyzwoli nas od zwykłej codzienności, poszerzy nasze horyzonty i nasycić ten nieustający głód życia. Ludzie doświadczają prawdziwych problemów, zmagają się z prawdziwą samotnością, prawdziwym smutkiem, depresją, doświadczają odrzucenia, zdrady, niezrozumienia, które pozostawiają bardzo namacalną pustkę. Ponieważ te wszystkie rzeczy są tak prawdziwe i realne, nie wystarczy by odpowiedzią była martwa religia, która jakimś dziwnym sposobem kojarzona jest z Żywym Bogiem, nie wystarczy zagłuszenie ich liczbą obowiązków czy rozrywek, lepszym samochodem, wygodniejszym domem, nie wystarczą kolejne rady, które w całej swej mądrości nie dodają nam siły by je zastosować. "Będzie dobrze" lub "Wszystko się jakoś ułoży" nic nie zmieniają, kiedy my tak desperacko potrzebujemy zmiany, zrozumienia w chwilach kiedy sami siebie nie rozumiemy, pocieszenia w chwilach w których wydaje się że nic nie ma sensu, wiary gdy myślimy że jesteśmy do bani. Ten, który jest Prawdą, Tata przynosi zmianę a jeśli czegoś nam brakuje powołuje do bytu to czego nie ma i jak dziecko, stąpając z nóżki na nóżkę czeka chwili w której uwierzymy że On nie tylko jest, ale że nagradza tych, którzy Go szukają. Pozwólmy sobie na małe szaleństwo i szukajmy Tego, który jest Niewidzialny, a nóż widelec [ ;) ] doświadczymy niemożliwego.
Czas do mojego powrotu przybliża się wielkimi krokami i tak jak wspomniałam za 3 tygodnie wracam do Rwandy. Nie wiem jeszcze jak długo zostanę na czarnym lądzie...kupiłam bilet w jedną stronę. Ponieważ Święta Bożego Narodzenia spędzę w sierocińcu, przy bezcennej pomocy przyjaciół organizuje prezenty dla dzieciaków. W tym roku wymarzyłam sobie piórniki do szkoły, te dzieciaki nigdy w życiu nie miały piórnika, a ponieważ nie różnią się od dzieci na całym świecie, o takim marzą. Uwiadomiłam to sobie, gdy kiedyś, po zajęciach artystycznych na których malowaliśmy farbmi, gdy wszystkie plakatówki zużyły się, dzieciaki zaczęły wyjmować z kosza popękane plastikowe pudełka po farbach, adoptując je na "piórnik" z jedynym długopisem jaki posiadają.
Poza tym dzięki pomysłowości i zdolnościom graficznym Kasi Sz. powstał kalendarz ścienny " Afryka 2013", z którego sprzedaży wspierana będzie moja misja. Zainteresowanych kalendarzem proszę o kontakt.
Chciałam zakończyć podziękowaniami bo mam za co. Dziękuję mojej rodzinie, mamutce i tatkowi, którzy przez cały czas wspierają mnie i traktują iście królewsko. Dziękuję kościołowi "Droga" za wsparcie i zaufanie - jesteście the best. Dziękuję przyjaciołom za gościnę, cierpliwość i energię jaką wkładacie do tego bym mogła stać w miejscu w którym jestem! Bez was moje życie nie byłoby tak piękne, a rzeczy które się dzieją - niewykonalne! Dziękuję Tacie - gdyby nie było Ciebie nie byłoby mnie!
I tym miłym akcentem kończę tego posta...do następnego kochani, już z kraju tysiąca wzgórz.

wtorek, 24 lipca 2012

...

Macie czasami takie chwile kiedy jesteście blisko osoby, słyszycie jej śmiech, widzicie jej twarz i nawet mając ją tuż obok siebie tęsknicie za nią tak aż boli. Byliście czasami w miejscu które każdym swym szczegółem ujęło wasze serce, i jeszcze ciesząc oczy jego pięknem, rozkoszując się zapachem powietrza już tęsknicie za nim tak aż boli. Tęsknota stała się moim wiernym towarzyszem, każdy dzień staram się pić haustami i mimo to wciąż czuje się spragniona. Tęsknię za Afryką całym sercem, tęsknię za każdym z osobna i za wszystkimi naraz. Tęsknię za Sederickiem i przeglądaniem z nim po raz 100-tny Atlasu Świata, tęsknię za Liliane i jej słodkim śmiechem, tęsknię za Patricia i Uwase i rozmowami z nimi, tęsknię za Valerią i jej przytulaniem się do mnie za każdym razem jak mnie widzi, nie ważne czy jest to 1 czy 10 razy dziennie, tęsknię za Gemi i jej figlarnym spojrzeniem jak grzebie mi po kieszeniach, tęsknię za Mamy i jej nieustannymi pomyłkami w nazywaniu mnie Mama Serena, Auntie Lorisa a nawet Papa Isaace, tęsknię za Simonem który oczarował mnie swoją odwagą i zwinnością, jak to powtarza Isaac, „Simone has a muscles on his muscles” „Simon ma mięśnie na mieśniach”...jest moim małym Ryczypiskiem z Narni .Tęsknię za Codym, naszym najmłodszym chłopcem, który za każdym razem gdy ucze go wymawiać moje imię Wio-la, z błyskiem w oku i radością w głosie powtarza Do-da. Tęsknię za godzinami w kuchni z mamkami, obieraniem pomidorów i ziemniaków, tęsknię za podlewaniem ogrodu..tęsknie.
Valeria
Simone i Anastase

Sederick & Dodea & reszta

Jakiś czas temu miałam w swoim pokoju inwazję pcheł. Przez długi czas nawet nie wiedziałam że to pchły mnie jedzą każdej nocy, ślepo wierzyłam że to bed bugs. Z mylnym przekonaniem próbowałam zapobiec „nocną ucztę” robaków i spryskiwałam łóżko jakimiś środkami od Isaaca, wystawiałam materac na słońce z nadzieją że promienie śłoneczne zabiją to dziadostwo...nic z tego. Każdej nocy przybywało mi sladów na ciele, które okrutnie swędziały. Po jakiś dwóch tygodniach mojej udręki, Isaac znalazł w łóżku Henrego pchłe (noc wcześniej Henrego też pogryzły). Odkrycie Isaaca ucieszyło mnie bo wiedziałam już jak zapobiec własnej śmierci i przyczynić się do śmierci wroga. Na drugi dzień po raz kolejny wyparzyłam we wrzątku wszystkie prześcieradła i ciuchy a Isaac spryskał cały pokój środkiem na pchły. Akcja zakończyła się sukcesem co niezmiernie mnie uszczęsliwiło. Zanim jednak odniosłam zwycięstwo naliczyłam 70 ugryzień na całym ciele.
Kilka dni po zwycięstwie nad pchłami złapałam jakąś infekcje organizmu – dowiedziałam się o niej całkiem przypadkiem. Pewnego poniedziałku, w gorące popołudnie tuż po podlewaniu ogrodu wróciłam do domu i nagle zrobiło mi się zimno i dostałam dreszczy tak że wrzuciłam na siebie sweter. W jednej chwili opuściły mnie siły więc nie czekając za długo poszłam do łóżka. Na drugi dzień te same objawy – pomyślałam że to może jakieś przeziębienie więc tego dnia zrobiłam tylko poranne lekcje komputera i reszte dnia spędziłam w łóżku. Pewnie nie poszłabym do lekarza gdyby nie okropny ból ucha, który pojawił się tego samego dnia wieczorem. W środę rano byłam półprzytona bo ucho mnie tak bolało że nie mogłam spać a i leki przeciwbólowe już nie pomagały. Przekonana że mam infekcje ucha pojechałam do lekarza. Dr. Tomi zbadał mnie i stwierdził że ucho mam czyste ale zaczął zadawać mi pytania i ku mojemu zdziwieniu większość symptomów było trafionch w dziesiątkę. W końcu polecił mi bym zgłosiła się na pobranie krwi żeby w 100% wyeliminować malarie i przekonać się dlaczego tak się czuje. Będąc w Polsce zdarzało mi się być krwiodawcą ale to pobranie krwi było dla mnie nowym doświadczeniem. Pan pielęgniarz najpierw położył mi rękę na stole by się rozluźniła po czym wbił mi w żyłę igłe grybości makaronu spagetti. Następnie podpiął do igły fiolkę, która zapewniam nie była strzykawką. Ponieważ ręka leżała na stole w pozycji poziomej przez kilka dobrch sekund krew nie chciała spływać do fiolki, pan pielęgniarz, wziął łagodnie moją rękę i spuścił ją w dół by z pomocą grawitacji krew mogła spłynąć do szklanego naczynia. Ciekawe doświadczenie ale najważniejsze że rezultat ten sam – krew została pobrana. Po godzinie były wyniki, które wskazały że mam jakąś bakterię w organizmie, nie pytajcie jaką, za nic nie pamiętam. Jakkolwiek to właśnie ona spowodowała wzrost ciśnienia taż że odbiło się to na prawej stronie mojej twarzy, zwłaszcza uchu. Przez ponad tydzień czułam się jakby mi ktoś wmontował do głowy muszle w której słychać szum morza, albo dla tych którzy pamiętają TV1 kiedy to program telewizyjny się kończył i na odbiorniku pojawiały się kolorowe paski a w tle słychać było taki tępy, jednostajny dźwięk – to ten właśnie dźwięk towarzyszył mi przez dzień i noc, przez jakieś 7 dni. Jakkolwiek ten koszmar nocny został opanowany i z nastaniem lipca nastał dzień.
W pierwszym tygodniu lipca przyjechał do nas team z Pensylwani. Dr. Ed, i jego podopieczni-dwie grupy cztero osobowe- zrobili niezwykle dobrą prace z dzieciakami. Codziennie wychodzili z nowymi pomysłami różnych aktywności co wywoływało wielki uśmiech na twarzy dzieciaków a to z kolei wielką radość w moim sercu. Tak jak w zeszłym roku i tym razem przwieźli ze sobą śnieg w proszku...ach ci Amerykanie! Ponieważ dzieciaki były zajęte z teamem, miałam więcej swobody by w wolnych chwilach poświęcić czas „wolnym elektronom”. I tak np.jedno popołudnie spędziłam siedząc na murku z Mega Mind, wyczekując na dzieciaki, które w tym czasie wracały ze szkoły. Podczas naszej wspólnej posiadówki dowiedziałam się że jej najulubieńszym zwierzęciem jest Jezus, gdy jednak ograniczyłyśmy się do stworzeń, wykluczając Stwórce z grona „zwierząt”, odpowiedzią było „you” ;)
zabawa śniegiem

Ostatnie dni coraz cześciej łapie się na tym że ogarnia mnie głębokie wzruszenie w którym całą swą wolą powstrzymuje łzy, i najczęściej ma ono miejsce podczas zwykłych, codziennych zajęć. Zachwycam się tym że mimo prozy życia, widzę Jego piękno i ciesze się każdą chwilą jaka mi jest dana, i mam nadzieje że ta nowa perspektywa nie jest tylko kwestią tego miajsca ale jest owocem zmiany serca. Zdumiewa mnie to , że przyjechałam tu z zamiarem służenia tym najmniejszym z najmniejszych, a znalazłam się w miejscu w którym to mnie usłużono i obdarowano. Przyjechałam by uczyć i kochać, a tymczasem znalazłam się pośród najlepszych nauczycieli, którzy nie żałowali swojej miłości dla mnie. Te sieroty, wdowy i ubodzy pomogli mi lepiej zrozumieć dlaczego zajmuja oni tak szczególne miejsce w sercu Taty.

Chwile niezapomniane/śmieszne/bezcenne:
Godzinny spacer z Fiston z boiska na którym gramy w nogę każdej niedzieli.
„I like Hale but he is death „– Arsene do mnie informując mnie o śmierci naszego psa.
„Can I hug you and kiss you all day tomorrow” – Arsen do mnie
„You are my best friend Muzungu" – Patricia do mnie
Patrzenie z Sederickiem na gwiazdy przez lornetkę.
Nazywanie z Arsenem rodziny „glutków” która pernamentnie mieszka w jego nosie i najczęściej wychodzi na spacer wisząc mu „do pasa”
Obserwowanie z Brook, a nawet machanie do żołnierzy którzy codziennie o tej samej porze dnia mijają nasz sierociniec
"Do I know you" - Henry do mnie.
"I think polish pancakes are my favorite" - Henry do mnie
Oglądanie z Sederickiem gwiazd przez lornetkę
"The truth is that I don't know when I was born, but I think I am around 25" - Nyogukuru (nasza nauczycielka) do mnie gdy zapytałam ją o wiek ;(
"Can you see Jesus?"- Arsene do mnie, "Yes"- odpowiedziałam. "Where?"-zapytał ponownie zdziwiony, "In you"- usłyszał w odpowiedzi. Po chwili milczenia kontynuował "And I see Him in you" ;)

Publikuję tego posta siedząc na lotnisku i czekając na mój lot. Z spuchniętymi oczami dochodzę do siebie po wielkim pożegnaniu w Home of Champions. W nocy ledwie spałam, chusteczki nie były pomocne więc płakałam w ręcznik który chłonął moje krokodyle łzy jak gabka wodę. Listy i obrazki które dostałam od dzieciaków były jak cebula w oczy – wyciskały ze mnie łzy, które powstrzymwałam przez cały dzień. Pożegnania...jak ja was nie lubię!
p.s czas na mnie - wzywają nas samolotu...

piątek, 22 czerwca 2012

God bless me!

Zorientowałam się właśnie że prawie każdego posta zaczynam od „no i mamy...” Ale za każdym razem kiedy zabieram się do pisania, pierwszą rzeczą jaką sobie uświadamiam, jest to jak szybko upływa mi czas. To jest w zasadzie paradoksem Afryki, że jakimś cudem czas tutaj nie istnieje a jednak płynie mi jak woda przez palce. Ten fakt powoduje że coraz częściej mam chwile, kiedy robi mi się ciężko na sercu, że już tak niebawem opuszczę to miejsce. Czasami nie mieści mi się w głowie że nie będzie mnie z tymi dzieciakami – zwłaszcza teraz (po wielu miesiącach wspólnego życia) kiedy zaczynamy mieć bliskie relacje, swobodne rozmowy, wspólne przeżycia i wspomnienia z których możemy się śmiać.
Rozpoczęła się pora sucha o czym świadczy nie tylko oczywisty brak opadów ale także powrót w okolice wielkich biało-czarnych ptaków. Z wyglądu przypominają mi „przeżarte czaple” (długie nogi i dziób tyle że w talii grubsze ;)) które na wysokich drzewach ponownie zaczęły budować gniazda. Życie w dużej mierze przyprawione jest już rutyną, co z jednej strony ograbia z pewnej ekscytacji, z drugiej jednak strony daje mi poczucie, że nie jestem tylko gościem, który składa krótką wizytę, ale jestem członkiem tej rodziny, jestem w domu. Codziennie rano o około 6:00 mogę się spodziewać „Abby alarm” która prawie codziennie albo wydziera się wołając czyjeś imię ze100 razy zanim ktoś łaskawie odpowie (koncepcja podejśćia do wołanej osoby jeszcze nie mieści się im w głowie) albo płacze albo śmieje się na cały sierociniec...zawsze coś/ktoś wydobędzie z niej „alarm”. O 8:30 do 11:00 zaczynam klasy komputera. Potem chwila przerwy, w której czasami odprowadzam dzieciaki do szkoły, a o 14:00 zaczynam popołudniowe zajęcia z tymi, którzy wrócili ze szkoły. Koło 16:00 zaczynamy podlewać ogród co oznacza ponad 2h noszenia wiader i różnej pojemności zbiorników (od 5 do 20 litrów) z wodą. Prawdę mówiąc sama jestem zdziwiona tym, ile frajdy mam z tego podlewania zwarzywszy na to, że ogrodnictwo czy chociażby zadbanie o rośliny doniczkowe nie interesuje mnie za bardzo – moja mamutka, której nie raz i nie dwa zrujnowałam kwiaty, zwyczajnym ich ignorowaniem podczas jej neobecności w domu, wie o czym mówię. Może po prostu towarzystwo dzieciaków mi w tym pomaga. Ostatnio jak marudzili, poruszałam ich wyobraźnie mówiąc że zamiast pomidorów zbiorą czekoladę a zamiast cebuli cukierki. Po 18:00 czas na kolacje i o 19:00 jeśli nie mam Family time – moje obowiązki się kończą. Można by rzec, że grafik dosyć nudny, ale w interakcji z 60 wspaniałych rozciąga mnie na wszystkie strony.

W piątki mam Family Time tylko z najmłodszymi, reszta dzieciaków uczy się w kościele i odrabia lekcje. Czasami mam wrażenie że opanowanie tej szóstki jest trudniejsze niż całej grupy, zwłaszcza kiedy są one w kiepskich nastrojach. Są to chodzące indywidualności, które swoją obecnością sprawiają że świat jest piękniejszy. Gemi jest chodzącym cudem, która swoim uśmiechem zmiękczyłaby każdą skałę. Jednym z jej nawyków jest nieustanne grzebanie po cudzych kieszeniach- nie było dnia by jej zwinna rączka nie znalazła się w mojej kieszeni. Abby to mały taran, który staranuje wszystko co stanie jej na drodze, ale w rzeczywistości jest niesamowicie wrażliwa. Brook, która sprawia wrażenie, że pierwszy podmuch wiatru porwie ją do góry, jest drobną i delikatną istotą o silnym i upartym charakterze. Zach to sama słodycz. Uwielbiam jak biega, oglądając się za sobą. Czasami ma ciche dni, wtedy bez słowa wtula się we mnie i robi za część mojej garderoby. Elia jest bystrym chłopcem, uwielbia układać puzzle i jako jeden z pierwszych z całej szóstki zaczął układać 100 elementów. Kilka miesięcy temu stracił obie jedynki i jakoś nie chcą mu odrosnąć. Brak zębów sprawia, że ma zabójczy uśmiech. Dzieciaki nadały mu ksywe „Frogy”. Arsene to urodzony aktor, jak jest w dobrym nastroju jest jak balsam na serce, kiedy jednak wstanie „lewą nogą” potrafi dać w kość. A więc ostatnio, rzeczą która rozpraszała maluchy były puszczane przez nie gazy. Nie wiem co one jadły, ale w pewnym momencie miałam wrażenie że odgrywają koncert, jedno puszczało bąka przez drugie. Gemi, którą od jakiegoś już czasu uczę dobrych manier, wiedziała że po „uwolnieniu orki” w towarzystwie trzeba coś powiedzieć i zamiast „excuse me” zadowolona z siebie powiedziała „God bless me”. W pewnym momencie otoczyła nas jakby „chmura” i Arsene wykrzywiając twarz i marszcząc oczy zawołał „aaa my nose is auci!”



Zach


Brook


Abby


Gemi


Elia


Arsene

Lekcje komputera wciąż są na topie. 5 dni w tygodniu mam łącznie 11 grup. Ogólnie mówiąc to mam bardzo dużo frajdy z tych zajęć, ale gdybym miała się rozdrabniać to czasami przyprawiają mnie o siwe włosy. Pewnego dnia rozmawiałam z mama Jo, która przedstawiła mi jej punkt widzenia na te lekcje. „Wiola” powiedziała, „to może być jedyna okazja w ich życiu by mogły nauczyć się podstaw komputera. Może kiedyś ta wiedza pomoże im w życiu”. Wow, mój stosunek do zajęć się trochę zmienił, zaczęłam podchodzić i przygotowywać się do nich poważniej.

Jednego dnia Brook i Gemi biły się podczas library time o klucze do drzwi. Codziennie pod koniec zajęć któreś z dzieciaków woła „I want key”. Tym razem pierwszą w tym rejsie była Gemi. Niefortunnie Brook była w bojowym nastroju i też chciała klucze. Zanim zdążyłam się zorientować jak poważna jest zachcianka Brook dziewczyny były już trakcie przekazywania sobie kopniaków. Jak je rozdzieliłam i uspokoiłam (Brook odciągana wystawiała jeszcze swoją chudą nogę by sięgnąć Gemi), oznajmiłam im że nie opuścimy klasy dopóki się nie przeproszą. Ponad godzinę później, Gemi ugieła się, wyciągnęła rękę i powiedziała do Brook „Imbabarira” co znaczy „przepraszam, niech będzie między nami zgoda”. W odpowiedzi Brook odwróciła oczy, wciąż była wściekła. Zajęło jej jeszcze dobrych kilkanaście minut by przeprosiła tamtą. Jak wyszłyśmy w końcu z klasy spytałam Brook czy mogę ją wziąć na ręce. Ku mojemu zdziweniu nie zaprotestowała, więc dałyśmy sobie trochę czasu w objęciach.

W końcu udało nam się odwiedzić Habimana i Poul – dwóch chłopców, którzy byli z nami przez jakiś czas w sierocińcu. Mieszkają oni jakieś 30 min drogi samochodem z naszego domu. Pierwsze 10 minut byliśmy na głównej drodze poruszając się w stronę Kigali, następnie skręciliśmy w lewo na drogę, która prowadziła na wzgórze gdzie znajduje się wioska chłopców. Jak to niektórzy określają poboczne drogi, jest to rodzaj afrykańskiego masażu. Pamiętam jak kiedyś jeden z naszych odwiedzających po przejażdżce powiedział, że chyba mu kręgi wskoczyły na właściwe miejsce bo go plecy przestały boleć. Po dotarciu na miejsce, na spotkanie wyszedł Papa chłopców. Zanim dowiedzieliśmy się, że chłopcy poszli do studni po wodę, ktoś został już po nich wysłany. Po kilku minutach dołączyli do nas i do grona dzieciaków które przyszły z sąsiedztwa. Wyładowaliśmy materace z samochodu po czym zasiadliśmy na krzesłach przed domem. Po kilku minutach konwersacji, pełnej pytań jak chłopcy radzą sobie w szkole, nasza wizyta zbliżała się ku końcowi. Przez ostatnie minuty mówiłam im o Tacie, zwracałam ich nadzieje ku Bogu a nie ku ludziom, którzy pojawiają się w życiu i odchodzą...jak my tego dnia. Miałam wrażenie że słowo to pokrzepia ich serca, po tym jak Isaac powiedział, że wraz z rodziną wraca do USA i to jest nasza ostatnia wizyta.


Z Poul i Habimana


Urodziny dzieciaków były rewelacyjne. Dzień zaczęłam o 5 rano by pomóc w przygotowaniu śniadania.Tego wyjątkowego dnia jubilaci dostali bagietkę z masłem, banana i herbatę – co zdarza się im kilka razy w roku, od święta. Po śniadaniu prezenty, malowanie twarzy, robienie masek z papierowych talerzy jak i bronsoletek i korali, gry i zabawy i tak do obiado-kolacji. Na tą, zaproszeni zostali jak zawsze, biskup z rodziną a także kilka osób z lokalnych władz. W programie były występy z czego jeden to taniec mamek ze mną w zespole. Tym razem nie potknęłam się chciaż zdarzyło mi się kilka razy przydeptać za długą spódnicę. Po kolacji, kiedy goście już opuścili sale zaczęła się druga impreza. Rugamba (jeden z najstarszych) zaczął puszczać muzykę i prawdziwa potańcówka się zaczęła...ha zapomniałam już jak ja lubię tańczyć. Przez około 1,5 h nieustannie kręciliśmy się na parkiecie. W międzyczasie Mama Jojo przyniosła 60 bagietek, kótrych mimo dopiero co skonsumowanej kolacji nikt nie odmówił. Niektóre dzieciaki śpiewały do bagietki jak do mikrofonu, co chwilę je nadgryzająć. Po szaleństwie na parkiecie pozostała nam ostatnia rozrywka tego dnia, czyli wyświetlenie filmu na projektorze. Serena przygotowała 60 małych papierowych tubek w które nawrzucała słodycze by każdy mógł słodko zakończyc ten dzień. Świecące kurczaki i piłki, które przysłała Warszawa to był hit i przebój – jeszcze raz dziękujemy jak sto pięćdziesiąt ;) Na drugi dzień każdy odreagowywał urodziny. Baylee (odwiedzająca nas dziewczyna z USA)znalazła małego Zacha drzemiącego na siedząco na dworze, Gemi zasnęła mi na kolanach w kościele, na terenia całego domu panowała cisza i spokój. Generalnie wszyscy są zadowoleni z wydarzeń urodzinowych a co najważniejsze, dzieciaki są szczęśliwe.


urodzinowo

Kilka śmiesznych/cennych/nie obojętnych/ chwil:
„This is the goodest” - Sederisc podczas library time przyglądając się swojemu obrazkowi.
„Really” („Naprawdę”)- zdziwienie Sereny, gdy zapytana jak jest zupa po polsku zażartowałam że „soupski”. Czasami Isaac dodaje do każdego słowa końcówkę -ski, udając że rozmawiamy po polsku
„I want creyons” („Chcę kredki”) - Abby do mnie z lekką pretenją w głosie, siedząc przy ławce na której stoją trzy kubki pełne kredek.
„It's broken” („jest złamana”) - Abby, która z 3 kubków pełnych kredek, zawsze wybierze tą która jest złamana.
„Narnia 4 „– odpowiedź Zacha na pytanie jaki film chciałby obejrzeć w urodziny.
„umukecucuru”- co znaczy stara kobieta – Reakcja Sabato na to jak Simon powiedział że mam 30 lat.
Isaac zapytany czego nigdy nie zapomni z Afryki odpowiedział „człowieka na motorze w deszczowy dzień z lodówką na plecach i parasolką w ręce”.
„Imana yacu” - „O Boże”- reakcja mamy Epiphanie na „mgiełkę” do ciała, którą dostała w prezencie. Raz w roku w ramach podziękowania mamkom za ich ciężką pracę, zabieramy je na kolację do Kigali (dla niektórych to była pierwsza okazja w życiu by być w restauracji) i wręczmy im małe podarunki.
„She actually can wisper” („ona faktycznie potrafi szeptać”) - moje zdziwienie w restauracji, gdy mama Faida, która jest głośną kobietą i zawsze sprawia wrażenie jakby mówiła przez niewidzialny megafon, zaczęła wypowiedź ściszonym głosem.
„Tomorrow we will eat Christmas” - Gemi o uczcie urodzinowej. Każdą dużą ucztę dzieciaki tak określają
„Jedna z pierwszych rzeczy, których się tu nauczyłem, to by zanim namydle sobie ręce sprawdzić czy jest woda w kranie” - Isaac do Eda, naszego gościa i przyszłego dryektora sierocińca.
„Dobranoc ciocia wiola” - dzieciaki po family time życząc mi dobrej nocy po polsku