Nadeszła pora deszczowa. Do maja powinniśmy mieć tu regularne opady, co kojarzyć się może z szarościa i mało przyjemną porą roku. Tak jednak nie jest, gdyż pomiędzy ulewami, słońce świeci i swoim gorącem osusza ziemię w mgnieniu oka. W tym właśnie sezonie wszystko wydaje się zieleńsze a słoneczne dni wydają się jeszcze upalniejsze niż podczas pory suchej.
Projekt wymiany materacy w sierocińcu został zrealizowany. Kilka tygodni temu wraz z Isaackiem i mama Jo udaliśmy się do Kigali na zakupy. Mama Jo zabrała nas do sklepu z najlepszej marki rwandyjskimi materacami. Przy wejściu, za niewielkim stołem, na którym było kilka kartek papieru, kalkulator i kasa, siedziała pani sprzedawczyni. Nie ruszając się z miejsca, wskazała nam palcem na materace po czym obliczyła jaki rabat możemy otrzymać przy zakupi większej ilości.
Ponieważ na sklepie nie było 68 sztuk z rodzaju który wybraliśmy, umówiliśmy się, że w drodze powrotnej (czyli po około 3 godzinach) sfinalizujemy sprzedaż. Z powodu deszczu który nas zastał , cała akcja została przełożona na inny dzień. Tego innego dnia, który miał miejsce tylko kilka dni później, a był to słoneczny dzień w kórym nie zapowiadało się na deszcz, pojawiliśmy się w sklepie ponownie. Stół i pani która przy nim siedziała wyglądała jak gdyby nie ruszała się z miejsca przez cały ten czas. Wyglądało na to że niewiele się działo przez te kilka dni a jednak pani z uśmiechem na twarzy obsłużyła nas. Zupełnie inne doświadczenie miałam tuż przed wylotem kiedy pani w markecie na wyspie z cukierkami na widok mnie i mamutki skrzywiła się tak jakbyśmy przeszkodziły jej w robieniu „nic”. Oliwy do ognia dodała moja prośba by odliczyła 70 cukierków. Cmokała (oznaka niezadowolenia) przy co drugim odliczonym cukierku – to było dosyć zabawne... no ale wracając do materacy. W sklepie czekały na nas już odliczone sztuki. Teraz była tylko kwestia zorganizowania transportu. Udaliśmy się na inną ulicę na której znaleźć moża było sporo „wozów dostawczych” Gdy informacja o tym czego dwoje muzyngu (ja i Isaac) tutaj szuka poszła w eter, zaraz otoczyła nas grupa mężczyzn. Po chwili zorientowaliśmy się, że większą liczbę stanowią ci, którzy nie są w stanie nam pomóc w żaden sposób. Jedni przekrzykiwali drugich, jakiś nieznajomy mimo chodem spróbował szczęścia oświadczając mi się. Takie „szybkie” (zadziwiające, ale zdążylśmy się sobie przedstawić) oświadczyny kobiecie muzungu są tutaj tym czym w Polsce totolotek...to jednak nie był szczęśliwy dzień dla tego pana. Upłyneło trochę czasu zanim z tego zbiegowiska wybraliśmy gościa, który miał samochód i był dostępny od ręki. Pojechaliśmy z nim do sklepu i załadowaliśmy materace na przyczepę. W drodze do sierocińca towarzyszyłam naszemu kierowcy tylko ja (Isaac i mama Jo wrócili do Kigali załatwiać swoje sprawy). Ciekawa byłam tej przejażdżki zwłaszcza, że już pod sklepem ,cofając kierowca zarysował/wgniótł tył samochodu stojącego na parkingu. Zanim dojechałam do sierocińca zmienił się kierowca samochodu, po drodze na szczęście nie było już żadnych niespodzianek. Wlekliśmy się jak „kulawy” ślimak...ale tym razem wcale mi to nie przeszkadzało...małymi KROCZKAMI byle do przodu. W sierocińcu radość z materacy była wielka. Niektóre dzieciaki wciąż moczą się w nocy, dlatego dla nich kupiliśmy specjalne maty, które jednego całego dnia przyszywaliśmy do materacy. Rozdawanie materacy lokalnym ludziom wciąż przed nami. Jeszcze raz wszystkim dziękuję za pomoc!
Nowe materace
Ponieważ rano zazwyczaj mam library time z dzieciakami, rzadko zdarza mi się pomagać w kuchni, czego mi naprawdę brakuje. Jednego dnia, kiedy udało mi się dołączyć do mamek i dzieciaków, mama Faida podskoczyła na krześle i z uśmiechem przekazała mi miskę z pomidorami, papryką i cebulą – nikt tutaj nie lubi kroić pomidów. Claude siedząc obok mnie śpiewał pod nosem Ce Ce Celina przypominając mi Kazika Staszewskiego i jego piosenkę Celina. Dziewczynki podchwciły kilka polskich słów i przez cały czas rechotały ze śmiechu wypowiadając je na głos. Kilka dni później Liliane wołanie „Kocham cie cioci Wiola” made my day.
Czasami wciąż towarzysze dzieciakom w drodze do szkoły. Od czasu incydendtu z kobrą plujką zmieniły one trasę i teraz trochę nadrabiają wybierając drogę przez Nkoto (centrum wsi gdzie też znajduje się środowy market). Nawet podoba mi się ta zmiana...nowe krajobrazy malują się przed oczami. A propos krajobrazów, jednego dnia odprowadzałam dzieciaki do szkoły...dzień należał do przyjemnych jako że słońce schowane na pochmurnym niebie nie prażyło aż tak bardzo, wiał przyjemny wiatr. Krajobraz stanowiły ciemno zielone wzgórza, niebo było pochmurne więc cały krajobraz przybierał ciemnych barw...No cóż nie cały, nie wiem jak przez te gęsto ściśnięte chmury przebiło się słońce, jego promienie nie były widoczne gołym okiem...a jednak jedno wzgórze, to najniższe było całe oświetlone...zieleń była soczysta i jaskrawa, miejsce to świeciło jakby samo z siebie pośród tych wszystkich ciemnych, wyniosłych wzgórz. Niesamowity widok, wręcz nieprawdopodobny, przykuł on moją uwagę od razu i przyznam się że nie mogłam spuścić oka z tego jednego, położonego na samym dnie wzgórza. Myślę że miejsce kiedy „świecimy” najbardziej jest miejcem kiedy jesteśmy uniżeni/najniżej...W dzisiejszych czasach uniżenie kojarzy się ze słabością, może dlatego że wszystko dookoła krzyczy że kiedy się uniżasz to jakby odzierano cię z godności, że to ci wywyższający się coś znaczą i do czegoś dochodzą, mają autorytet i respekt innych... No cóż, pewnie myślałabym tak samo gdybym nie sptkała na swojej drodze życia pewnej Osoby, która mimo tego iż była/jest Królem był uniżony aż do samej śmierci...i chociaż na początku wydawałoby się że to przyniosło Mu porażkę, w rzeczywistości dało zwycięstwo, chwałę i autorytet do sądzenia żywych i umarłych. Jego królestwo jest do góry nogami. W nim nie tylko przebaczasz wrogom ale ich kochasz, kiedy chcesz być zauważony czynisz rzeczy w ukryciu, a te rzeczy, które robisz w ukryciu rozgłaszane są na dachach. Jeśli chcesz w nim żyć musisz umrzeć, a jeśli chcesz mieć pozycję stajesz się sługą wszystkich...czyste wariactwo. Ale kiedy jesteś zakochany w Królu, stać cię wtedy na to szaleństwo.
Raz w tygodniu staram się mieć z dzieciakami jakieś zajęcia plastyczne. Już po krótkim czasie mój pokój zaczął tonąć w ich pracach dlatego założyłam każdemu teczkę by móc zachowywać dzieła ich rąk. Isaac zgodził się też kupić kilka wielkich mat z liścia bananowca, które powiesiliśmy w holu kościoła. Dzięki temu mogę wywieszać ich prace tak by każdy mógł je oglądać...ale mi to radoche sprawia. Myśle sobie, że i dla dzieciaków to dobrze...pamiętam że jako mała dziewczynka cieszyłam się i byłam dumna gdy moja praca wisiała w holu przedszkola.
Prace dzieciaków
Na dniach nasz mały Cody miał mały wypadek. Jedną z jego ulubionych zabaw jest udawanie, że prowadzi motor za pomoca kijka. Niefortunnie upadł on okiem prosto na kij...Dzięki Bogu nic poważnego się nie stało i oko jest całe. I wiecie co, na drugi dzień znowu jeździł motorem po całym podwórku...
Jednego wieczora, gdy Tyrrellsi wybrali się do Kigali, zaprosiłam mamki na wieczór filmowy. Ostatnie tygodnie regularnie wyłączają nam prąd w godzinach wieczornych, kiedy przydałby się najbardziej, tak też i tego dnia miej więcej koło 18.30 wszędzie zapanowała ciemność. Prądu nie było do 22:00. W międzyczasie pojawiło się pięć mamek na umówiony seans. Zasiadły one na sofie i czekały na film...przez to kilka minut zapadła niezręczna cisza. W końcu włączyłam film, informując je, że baterii w komputerze mam tylko na kilka, może 10 min, ale może do tego czasu podłączą nam prąd. Nie podłączyli, a komputer zgasł w momencie, gdy na ekranie rozgrywała się akcja. Znowu zapadła głucha cisza, a my wszystkie siedziałyśmy w ciemnościach czekając na cud. Jakieś 15 min zajeło mi zanim żarówka zapaliła się w mojej głowie – komputer sierocińcowy! Bateria w nim była pełna dzięki czemu mogłyśmy dokończyć film. Tak na marginesie to powiem wam, że bardzo śmiesznie jest oglądać filmy z mamkami, przeżywają one i komentują przez cały czas. Tym razem dosyć regularnie w ciemnościach pokoju można było słyszeć, wykrzyczane w nerwach „Yesu wye” co znaczy „O Jezu”. Najśmieszniejszy był jednak moment gdy mama Serafina po udanej akcji zaczęła dziękować policjantom-aktorom za uratowanie dziewczynki w rąk złych ludzi.
Wspomnę jeszcze kilka sytuacji, które wydały mi się urocze/śmieszne/nie obojętne : w drodze do szkoły lokalne dziecię biegło do mnie z otwartymi ramionami, w końcu przytulając się do mnie, podczas spaceru z Sereną widziałąm kilku mędrców siedzących na ławeczce w głębokim buszu, popijających piwo bananowe, pomaganie małej jaszczurce wydostać się z prysznicowej bali, której ścianki były za wysokie by gad się wygramolił-byłam z siebie dumna!, moment w którym Valeria załapała, po kilkudniowym uczeniu jej alfabetu, jak we właściwej kolejności przepisać literki z tablicy na której był alfabet, Ines wołająca na mnie cieć Wiola zanim wbiła sobie do głowy ciocia Wiola, widok Brook, jednej z mniejszych i najchudszej dziewczynki, która niosąc 5 litrową butlę z wodą oznajmiła mi wskazując na swe „żabie ramionka” - I am STRONG!
Brook
Czas na zmiany.. zainspirowana przez "pana z metra" jak na moje oko z 1925 roku i zachęcona przez Tatę do tego by nie bać się życia wyruszam po przygodę. Afryka będzie moim domem przez...him to sie okaże na jak długo :)
środa, 21 marca 2012
sobota, 18 lutego 2012
Cameleonowo
Miesiące mineły w mgnieniu oka, a ja po trzy miesięcznej wizycie w rodzinnym domu poraz kolejny wróciłam do... domu. To może brzmi dziwnie, ale tak właśnie się czuję w tym miejscu, co prawda z niezrozumiałą kulturą, w której obsługa klienta jest im tak obca jak obce jest doświadczenie mrozu ,gdzie naturalnym zjawiskiem jest okazywanie sobie przez mężczyzn czułości/przyjaźni poprzez trzymanie się za ręce czy też przytulanie się w miejscach publicznych, natomiast gwiżdżącą kobietę uznaje się za prostytutkę. W miejscu z niezrozumiałym językiem, w którym nie występuje słowo „natychmiast” jak również jego synonimy, ale jednak z poznanymi mi ludźmi, 60-tką Wspaniałych, otoczeniem, które jest bogate w zapachy, kolory i krajorazy zawsze zielonych wzgórz...
Podczas mojej nieobecności w sierocińcu zaszło wiele zmian. Dookoła terenu pojawiło się ogrodzenie, które w środku skupia wszystkie budynki plus pole i ogród wokół których nie było wcześniej żadnej siatki. Ten fakt powoduje, że nasza ostatnia żywa koza (dwie śmiertelnie zachorowały,z czego jedna z niewielką pomocą Isaaca i Rugamby) panoszy się po całym terenia jak królewna, oddając kał i mocz gdzie jej się żewnie podoba, co nie ukrywam, czasami mnie irytuje, a zwłaszcza gdy na moich oczach Elias poślizgując się upada prosto w odchody. Chociaż pozostanie pośród żywych nie zawsze jest takie miłe i przyjemne dla naszej „Ocalałej”. Myślę, że chwile w których Gilber (w roli szalonego 'ujeżdżacza” koni), próbuje ujeżdżać kozę, pozostawią lekką traume na długo, a na pewno do czasu aż przestanie kuleć po tym afrykańskim rodeo . Nasza krowa ocieliła się i jak wcześniej nie dawała mleka w ogóle teraz daje go około 10 litrów dziennie. Nasza świnia „Christmas” zrealizował swoje powołanie i został skonsumowany podczas świąt Bożego narodzenia, pozostaiając po sobie sporo potomstwa, gdyż obie maciory porodziły łącznie 11 prosiaków. Mamy też psa Halle, na myśl którego na początku miałam „mieszane” uczucia, a który okazał się całkiem miłym szczeniakiem.
Z bardziej egzotycznych zwierząt, mamy kilka kameleonów, które jak się okazuje żyły pośród nasz przez cały ten czas. Jak do tego doszliśmy...Otóż pewnego dnia Isaac znalazł kameleona - bardzo chciał mieć jednego więc był przeszczęśliwy. Radość ta była jednak krótka, gdyż kameleon postanowił zwiać...Zrozpaczony Isaac powiedział dzieciakom, że ma nagrodę dla tego, kto odnajdzie uciekiniera. Po krótkim czasie, na zewnątrz słychać było wrzawę i krzyki dzieciaków „Papa Isaac! Papa Isaac”...znalazła się zguba. Za chwilę po raz kolejny dzieciaki zdzierały gardła, krzycząc „papa Isaac!”- znalazły drugiego. Historia ta powtórzyła się jakieś 5 razy...Tym sposobem byłby dni, kiedy mieliśmy do 6 kameleonów, które mieszkały sobie w okolicach domu. W chwili obecnej zostawiliśmy sobie jednego, którego Isaac nazwał Skiter od Moskito
Jak ja lubię jak Tata mówi do mnie przez codzienne zwykłe sytuacje, relacje międzyludzkie przypominając mi o ważnych rzeczach, prawdach o których tak często zapominam, jak np. o tej, że kto szuka ten znajdzie. Świetne w powyższej historii też jest to, że część dzieciaków nie wiedziała że kameleony żyją pośród nas...ale zdobycie nagrody było tak wielką motywacją, że nie widząc gada wcześniej na oczy w naszych okolicach i tak szukały go pośród krzaków, drzew i wysokiej trawy na terenie całego sierocińca...i znalazły ;) Pomyślałam sobie, że kiedy mamy obiecaną nagrodę, pobudza to w nas wiarę by spodziewać się tego czego się nie widziało i determinację do tego by mimo wszystko szukać igły w stogu siana, mając pewność że gdzieś tam jest skoro została za to wyznaczona nagroda...pytanie jest...czy wierzymy że jest nagroda dla tych, którzy dokończą biegu?
Pewnego dnia, siedziałam sobie przed domem, gdy nagle usłyszałam jak Mamy(jedna z dziewczynek) płacze w niebo głosy. Wyszłam by zobaczyć co się stało, wracała ona ze szkoły z zakrytą twarzą. Nie do końca potrafię sobie wyobrazić jak to mogło się stać, ale powodem jej rozpaczy było spotkanie pierwszego stopnia z wężem (prawdopodobnie kobra „plująca”), który plunął jej swoim jadem na twarz (odcinek drogi do szkoły jest wzgórzysty, więc jest prawdopodobieństwo że gad mógł być na poziomie jej głowy). Zaprowadziłam Mamy do Olive (mamki która zajmuje się opatrzaniem ran), gdy po chwili usłyszałam płacz Immaculee, która jak się okazało również stała się ofiarą tego zdarzenia, jako że szła tuż przy Mamy. Twarze i oczy obu dziewczynek bardzo spuchły, usta wyglądały jak po liftingu więc Papa Jo zawiózł obie do człowieka z okolicznej wioski, który specjalizuje się w wężach i z którego pomocy podobno korzysta przychodnia. „Wężokolog” zrobił jakąś miksturkę z ziół i podał dziewczynką. Te zażyły lek i po powrocie do domu resztę dnia przeleżały w łożkach. Na drugi dzień wyglądały i czuły się tak jakby nigdy nic się nie stało...widać gościu naprawdę zna się na rzeczy. Ostatnio widziałam też jedną z naszych starszych dziewczynek Francine, która w kuchni wyciągala z ognia jakieś zielsko, którym potem okładała swoją opuchniętą dłoń...No cóż, w wykorzystywaniu naturalnego dobra kóre nas otacza, śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy sto lat za murzynami.
Bardzo lubię obserwować dzieciaki. W ostatnią niedzielę Gilbert wywijał sobie uszy na zewnątrz, co w efekcie końcowym sprawiało wrażenie jakby końcówki były obcięte. Oczywiście siedzący po obu jego stronach Jean Cloude i Shema też tak chcieli...więc wywijali sobie uszy na różne sposoby: na sucho, na ślinę, na gwoździa, trzymali je wygięte przez dłuższą chwilę z nadzieją że tak im już zostaną – bez skutku więc wkońcu sie poddali...zabawnie było ich obserwować...Tak samo przyjemnie było obserwować reakcje wszystkich podczas jednego z family time, kiedy rozdałam dzieciakom i mamkom długopisy czterowkładowe, które przywiozłam ze sobą. Ale była radość...koncepcja kilku rzeczy w jednej była im nieznana, więc radość ta była połączona z zadziwieniem. Fascynacja malowała się szczególnie na twarzy mama Faida, która wzniosła swój długopis pod światło, oglądając go z otwartą buzią tak, jakby odkryła Amerykę.
Pozdrawiam was ciepło i do następnego...
Podczas mojej nieobecności w sierocińcu zaszło wiele zmian. Dookoła terenu pojawiło się ogrodzenie, które w środku skupia wszystkie budynki plus pole i ogród wokół których nie było wcześniej żadnej siatki. Ten fakt powoduje, że nasza ostatnia żywa koza (dwie śmiertelnie zachorowały,z czego jedna z niewielką pomocą Isaaca i Rugamby) panoszy się po całym terenia jak królewna, oddając kał i mocz gdzie jej się żewnie podoba, co nie ukrywam, czasami mnie irytuje, a zwłaszcza gdy na moich oczach Elias poślizgując się upada prosto w odchody. Chociaż pozostanie pośród żywych nie zawsze jest takie miłe i przyjemne dla naszej „Ocalałej”. Myślę, że chwile w których Gilber (w roli szalonego 'ujeżdżacza” koni), próbuje ujeżdżać kozę, pozostawią lekką traume na długo, a na pewno do czasu aż przestanie kuleć po tym afrykańskim rodeo . Nasza krowa ocieliła się i jak wcześniej nie dawała mleka w ogóle teraz daje go około 10 litrów dziennie. Nasza świnia „Christmas” zrealizował swoje powołanie i został skonsumowany podczas świąt Bożego narodzenia, pozostaiając po sobie sporo potomstwa, gdyż obie maciory porodziły łącznie 11 prosiaków. Mamy też psa Halle, na myśl którego na początku miałam „mieszane” uczucia, a który okazał się całkiem miłym szczeniakiem.
Z bardziej egzotycznych zwierząt, mamy kilka kameleonów, które jak się okazuje żyły pośród nasz przez cały ten czas. Jak do tego doszliśmy...Otóż pewnego dnia Isaac znalazł kameleona - bardzo chciał mieć jednego więc był przeszczęśliwy. Radość ta była jednak krótka, gdyż kameleon postanowił zwiać...Zrozpaczony Isaac powiedział dzieciakom, że ma nagrodę dla tego, kto odnajdzie uciekiniera. Po krótkim czasie, na zewnątrz słychać było wrzawę i krzyki dzieciaków „Papa Isaac! Papa Isaac”...znalazła się zguba. Za chwilę po raz kolejny dzieciaki zdzierały gardła, krzycząc „papa Isaac!”- znalazły drugiego. Historia ta powtórzyła się jakieś 5 razy...Tym sposobem byłby dni, kiedy mieliśmy do 6 kameleonów, które mieszkały sobie w okolicach domu. W chwili obecnej zostawiliśmy sobie jednego, którego Isaac nazwał Skiter od Moskito
Jak ja lubię jak Tata mówi do mnie przez codzienne zwykłe sytuacje, relacje międzyludzkie przypominając mi o ważnych rzeczach, prawdach o których tak często zapominam, jak np. o tej, że kto szuka ten znajdzie. Świetne w powyższej historii też jest to, że część dzieciaków nie wiedziała że kameleony żyją pośród nas...ale zdobycie nagrody było tak wielką motywacją, że nie widząc gada wcześniej na oczy w naszych okolicach i tak szukały go pośród krzaków, drzew i wysokiej trawy na terenie całego sierocińca...i znalazły ;) Pomyślałam sobie, że kiedy mamy obiecaną nagrodę, pobudza to w nas wiarę by spodziewać się tego czego się nie widziało i determinację do tego by mimo wszystko szukać igły w stogu siana, mając pewność że gdzieś tam jest skoro została za to wyznaczona nagroda...pytanie jest...czy wierzymy że jest nagroda dla tych, którzy dokończą biegu?
Pewnego dnia, siedziałam sobie przed domem, gdy nagle usłyszałam jak Mamy(jedna z dziewczynek) płacze w niebo głosy. Wyszłam by zobaczyć co się stało, wracała ona ze szkoły z zakrytą twarzą. Nie do końca potrafię sobie wyobrazić jak to mogło się stać, ale powodem jej rozpaczy było spotkanie pierwszego stopnia z wężem (prawdopodobnie kobra „plująca”), który plunął jej swoim jadem na twarz (odcinek drogi do szkoły jest wzgórzysty, więc jest prawdopodobieństwo że gad mógł być na poziomie jej głowy). Zaprowadziłam Mamy do Olive (mamki która zajmuje się opatrzaniem ran), gdy po chwili usłyszałam płacz Immaculee, która jak się okazało również stała się ofiarą tego zdarzenia, jako że szła tuż przy Mamy. Twarze i oczy obu dziewczynek bardzo spuchły, usta wyglądały jak po liftingu więc Papa Jo zawiózł obie do człowieka z okolicznej wioski, który specjalizuje się w wężach i z którego pomocy podobno korzysta przychodnia. „Wężokolog” zrobił jakąś miksturkę z ziół i podał dziewczynką. Te zażyły lek i po powrocie do domu resztę dnia przeleżały w łożkach. Na drugi dzień wyglądały i czuły się tak jakby nigdy nic się nie stało...widać gościu naprawdę zna się na rzeczy. Ostatnio widziałam też jedną z naszych starszych dziewczynek Francine, która w kuchni wyciągala z ognia jakieś zielsko, którym potem okładała swoją opuchniętą dłoń...No cóż, w wykorzystywaniu naturalnego dobra kóre nas otacza, śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy sto lat za murzynami.
Bardzo lubię obserwować dzieciaki. W ostatnią niedzielę Gilbert wywijał sobie uszy na zewnątrz, co w efekcie końcowym sprawiało wrażenie jakby końcówki były obcięte. Oczywiście siedzący po obu jego stronach Jean Cloude i Shema też tak chcieli...więc wywijali sobie uszy na różne sposoby: na sucho, na ślinę, na gwoździa, trzymali je wygięte przez dłuższą chwilę z nadzieją że tak im już zostaną – bez skutku więc wkońcu sie poddali...zabawnie było ich obserwować...Tak samo przyjemnie było obserwować reakcje wszystkich podczas jednego z family time, kiedy rozdałam dzieciakom i mamkom długopisy czterowkładowe, które przywiozłam ze sobą. Ale była radość...koncepcja kilku rzeczy w jednej była im nieznana, więc radość ta była połączona z zadziwieniem. Fascynacja malowała się szczególnie na twarzy mama Faida, która wzniosła swój długopis pod światło, oglądając go z otwartą buzią tak, jakby odkryła Amerykę.
Pozdrawiam was ciepło i do następnego...
piątek, 21 października 2011
Się działo..
Słońce wzeszło rzucając swe światło na urocze, mimo pory suchej wciąz zielone wzgórza Rwandy. Wraz ze słońcem wstali Mama Jo, Asiel (nasz ogrodnik) i Isaac by skoro świt pojechać na targ zwierzęcy. Ponieważ w planach był zakup kóz, nie byłoby dla mnie miejsca w samochodzie w drodze powrotnej. Po kilku godzinach oczekiwania, wrócili z 20-oma pięknymi, młodymi kozami. Simon i Serena odbierali pojedyńczo przerażone kozy od Asiela, który odplątywał stworzenia od tylnich siedzeń Jeepa. Serena dzielnie odbierała każdą uwiązaną na sznurku koze, którą jej wręczono i tym sposobem trzymała naraz około 10 sztuk. Sprawiała wrażenie tak zrelaksowanej i pewnej tego co robi jakby od dawna była pastereczką. Do czasu...gdy zaczeła zaprowadzać kozy do zagrody, spłoszone zaczeły biegać dookoła niej tym samym obwiązując sznurki wokół jej nóg. A może to była zaplanowana akcja..może one nie są takie głupie jak się wydaje...tak czy inaczej jedno szarpnięcie i Serena znalazła się na ziemi ciągnięta jak sanie w kuligu przez wszystkie kozy. Wkońcu uwolniliśmy ją z tych pęt..biedna miała obdartą do krwi stopę. Po „ataku” na Serenę, udało nam się zagnać do zagrody te cwane bestie. Tego samego dnia popołudniu, wezwaliśmy weterynarza, który od początku projektu trzyma rękę na pulsie, by zbadał nowe nabytki. Poza jedną kozą, która jak powiedział była „przeziębiona” wszystkie były zdrowe jak ryby. Tej słabszej od razu zaaplikowaliśmy lek by wydobrzała. Etap „Koza w zagrodzie” zakończony sukcesem. Następnego dnia oczekiwaliśmy na ludzi by wkońcu przekazać im dar, na który czekali już ponad miesiąc. Pojedyńczo schodzili się pod domem mama Jo, gdzie ustawiliśmy ławki przyniesione z kościoła. Po około godzinie zjawili się prawie wszyscy zainteresowani włączając pana z lokalnych władz i weterynarza. Dwie ostatnie osobistości zjawiły się nie bez powodu. Pan władza dał krótkie przemówienie, w którym przypominał ludziom o prawie „pierwszej kozy”, które mówi, że pierwsza narodzona koza z tej którą otrzymali będzie darem dla rodziny, która takiej kozy jeszcze nie posiada...rewelacja! Potem weterynarz udzielił szybkiej lekcji jak dbać o kozę by zdrowo rosła i po roku mogła mieć potomstwo. Na końcu ja miała swoje pięc minut podczas których popłyneła ewangelia. Podczas całego spotkania, przyglądałam się wszystkim przybyłym. Posród zgromadzonych były wdowy, sieroty i ojcowie wielodzietnych rodzin. Wielu z nich nie umiało pisać i czytać, co okazało się przy podpisywaniu listy odbioru koz. W miejscu podpisu w wielu pozycjach odciśnięty był pomazany długopisem kciuk. Zadziwiające było to że mimo statusu najuboższych ,ludzie ci odziani w swe najlepsze ciuchy, przybyli tu jako wybrańcy, godni, wyjątkowi, zadowoleni, że w swym czasami skrajnym ubóstwie zostali dostrzeżeni. Przy odbiorze kozy jedna mama tańczyła, inna klęknęła na ziemi...Było dla mnie wielkim przywilejem móc poznać i usłużyć tym pięknym ludziom.
Podczas tego spotkania rozmawiałam z papa, którego pierwszy raz spotkałam przed jego domem, majsterkującego przy czymś. I chociaż we wsi jest wiele bardzo ubogich rodzin, jego sytuacja szczególnie mnie poruszyła. Człowiek ten jest ojcem pięciorga dzieci a cała rodzina mieszkała w lepiance bez drzwi i okien. Chłód nocy, nie wspominając o gadach (węże, jaszczurki) i robactwie, miały prosty dostęp do środka. Po kilku rozmowach z rodziną, odwiedziliśmy stolarza u którego zamówiliśmy dwie pary drzwi. Ponownie z waszych darów kochani, uczyniliśmy różnicę dla całej rodziny. Kilka dni temu byłam odwiedzić ich ponownie...tym razem weszłam do domu przez drzwi ;) Wkrótce mam nadzieje pojawią się i okna.
W międzyczasie odwiedził mnie w Rwandzie mój przyjaciel Marcin. Miałam wielką frajdę z tego, że wkońcu mogłam się z kimś podzielić tym miejscem i tymi skarbami i to już nie tylko przez bloga i zdjęcia. Mam nadzieje, że i dla Marcina te kilka dni w sierocińcu były cennymi. W tym czasie zdążył poznać dzieciaki a nawet nadać ksywki niektórym. Gemi np. przypominała mu Megamind z bajki Megamocny, a Gentil zachwyciła go swoją wiedzą podczas lekcji matematyki, której udzielił dzieciakom podczas gry w Bingo, więc wołał na nią Einstein. Po powrocie z Tanzani (podróż o której za chwilkę wspomnę), podczas jednego z family time Marcin przygotował prezentacje zdjęć z naszej wyprawy a także z mórz i oceanów na których pływał. Dla wielu dzieciaków to był pierwszy raz, kiedy widziały „wielkie wody”. Kezikeza Marcin! Całe VFHC śle podziękowania za dary i dobrą zabawę które wraz z sobą przywiozłeś!
Podczas wizyty Marcina w Rwandzie, odwiedziliśmy również Tanzanie, by zdobyć najwższy szczyt Afryki, Kilimanjaro, a potem popodziwiać piękno dzikich zwierząt na safari. To była piękna wyprawa, podczas której często, patrząc na Boże dzieło stworzenia, w sercu odbywało się jedno z lepszych uwielbień Boga w życiu. Różnorodność miejsc i stworzeń na ziemi jest tak ogromna. Zadziwia mnie jak Niepojęty, Kreatywny i Nieograniczony jest nasz Bóg, i gdy oglądam dzieło Jego rąk, często jedynym słowem które znajduje jest „WOW”. Ha, i ten sam Bóg chce działać w naszym życiu...jeśli z pustkowia, którym była ziemia, uczynił to co teraz możemy podziwiać naszymi zmysłami, to cóż pięknego może On uczynić z naszym życiem, nawet jeśli w chwili obecnej wydaje się ono pustkowiem.
Obecnie moje życie znów kręci się wokół 60-tki wspaniałych! Dzieciaki się zmieniają, tak szybko rosną. Gemi, gdy przjechałam, była malutką, przepełnioną smutkiem istotką. Najczęściej nic nie mówiła, a bardzo często sprawiała wrażenie jakby traciła kontakt z rzeczywistością. Ale miłość zmienia, uzdrawia ból i smutki, o których nawet nie mamy pojęcia. Często przez długie długie chwile po prostu przytulaliśmy Gemi, która była jak warzywko. Dzisiaj jest zadziorną, często uśmiechającą się dziewczynką. Regularnie te najmłodsze dzieciaki przychodzą żeby się przytulić, gdy to robią poświęcam im tyle czasu ile potrzebują, trzymając je po prostu w ramionach. Dzisiaj Zach podszedł do mnie niespodziewanie i wdrapał się na mnie..po prostu chciał się przytulić. Wciągu pół godziny wiszenia na mnie, zamieniliśmy kilka słow gdy klapki zsuneły się z jego stóp „My shoes” „ I know”...niezwykle warotściowy czas!
Podczas tego spotkania rozmawiałam z papa, którego pierwszy raz spotkałam przed jego domem, majsterkującego przy czymś. I chociaż we wsi jest wiele bardzo ubogich rodzin, jego sytuacja szczególnie mnie poruszyła. Człowiek ten jest ojcem pięciorga dzieci a cała rodzina mieszkała w lepiance bez drzwi i okien. Chłód nocy, nie wspominając o gadach (węże, jaszczurki) i robactwie, miały prosty dostęp do środka. Po kilku rozmowach z rodziną, odwiedziliśmy stolarza u którego zamówiliśmy dwie pary drzwi. Ponownie z waszych darów kochani, uczyniliśmy różnicę dla całej rodziny. Kilka dni temu byłam odwiedzić ich ponownie...tym razem weszłam do domu przez drzwi ;) Wkrótce mam nadzieje pojawią się i okna.
W międzyczasie odwiedził mnie w Rwandzie mój przyjaciel Marcin. Miałam wielką frajdę z tego, że wkońcu mogłam się z kimś podzielić tym miejscem i tymi skarbami i to już nie tylko przez bloga i zdjęcia. Mam nadzieje, że i dla Marcina te kilka dni w sierocińcu były cennymi. W tym czasie zdążył poznać dzieciaki a nawet nadać ksywki niektórym. Gemi np. przypominała mu Megamind z bajki Megamocny, a Gentil zachwyciła go swoją wiedzą podczas lekcji matematyki, której udzielił dzieciakom podczas gry w Bingo, więc wołał na nią Einstein. Po powrocie z Tanzani (podróż o której za chwilkę wspomnę), podczas jednego z family time Marcin przygotował prezentacje zdjęć z naszej wyprawy a także z mórz i oceanów na których pływał. Dla wielu dzieciaków to był pierwszy raz, kiedy widziały „wielkie wody”. Kezikeza Marcin! Całe VFHC śle podziękowania za dary i dobrą zabawę które wraz z sobą przywiozłeś!
Podczas wizyty Marcina w Rwandzie, odwiedziliśmy również Tanzanie, by zdobyć najwższy szczyt Afryki, Kilimanjaro, a potem popodziwiać piękno dzikich zwierząt na safari. To była piękna wyprawa, podczas której często, patrząc na Boże dzieło stworzenia, w sercu odbywało się jedno z lepszych uwielbień Boga w życiu. Różnorodność miejsc i stworzeń na ziemi jest tak ogromna. Zadziwia mnie jak Niepojęty, Kreatywny i Nieograniczony jest nasz Bóg, i gdy oglądam dzieło Jego rąk, często jedynym słowem które znajduje jest „WOW”. Ha, i ten sam Bóg chce działać w naszym życiu...jeśli z pustkowia, którym była ziemia, uczynił to co teraz możemy podziwiać naszymi zmysłami, to cóż pięknego może On uczynić z naszym życiem, nawet jeśli w chwili obecnej wydaje się ono pustkowiem.
Obecnie moje życie znów kręci się wokół 60-tki wspaniałych! Dzieciaki się zmieniają, tak szybko rosną. Gemi, gdy przjechałam, była malutką, przepełnioną smutkiem istotką. Najczęściej nic nie mówiła, a bardzo często sprawiała wrażenie jakby traciła kontakt z rzeczywistością. Ale miłość zmienia, uzdrawia ból i smutki, o których nawet nie mamy pojęcia. Często przez długie długie chwile po prostu przytulaliśmy Gemi, która była jak warzywko. Dzisiaj jest zadziorną, często uśmiechającą się dziewczynką. Regularnie te najmłodsze dzieciaki przychodzą żeby się przytulić, gdy to robią poświęcam im tyle czasu ile potrzebują, trzymając je po prostu w ramionach. Dzisiaj Zach podszedł do mnie niespodziewanie i wdrapał się na mnie..po prostu chciał się przytulić. Wciągu pół godziny wiszenia na mnie, zamieniliśmy kilka słow gdy klapki zsuneły się z jego stóp „My shoes” „ I know”...niezwykle warotściowy czas!
Subskrybuj:
Posty (Atom)








