sobota, 3 września 2011

Operacja "Koza"

Dużo czasu minęło od ostatniego posta i dużo rzeczy się działo w tym czasie. Na wizycie Jessi i Danieli się nie skończyło bo w zasadzie przez ten wakacyjny czas (czerwiec,lipiec, sierpień) prawie non stop mielismy gości. Pozwolcie że cały ten okres wizyt opisze w jednym może dwóch zdaniach. Każda grupa odwiedzających była niesamowita, wniosła wiele radości i zabawy. Ludzie ci błogosławili nas bardzo swoją obecnością, dzieciaki swoją swieżością, kreatywnością i darami które przywozili ze sobą.
Obecnie od kilku tygodni jesteśmy w naszym pierwotnym składzie czyli Tyrellsi i ja. Miło mi było wrócić do naszej dziennej rutyny. Życie płynie sobie pomalutku...każdy dzień przynosi jakieś niezapomniane chwile, zadziwiające zjawiska, ludzi.. Kocham poranki spędzane w kuchni z mamkami i niektórymi dzieciakami które pomagają nam w obieraniu warzyw ( na początku po dwóch godzinach obierania robiły mi się pęcherze na palcach hehe)..przyglądanie się im podczas żywych konwersacji, śpiewanie pod nosem albo rzucanie w siebie obierkami, klejąc głupa że to nie ja. Słyszeć dzieciaki za oknem, które około 7 rano zamiatają podwórko śpiewając „Indescrabible you are amezing God”. Bardzo lubie jak Abby krzyczy z drugiego końca podwórza „Hi auntie Wiora” głosem i tonem takim jakby złapała mnie na czymś na gorącym uczynku ale jednocześnie z uśmiechem anioła na twarzy. Lubię jak czasami wracając ze szkoły gromada okolicznych dzieciaków otacza mnie i tak maszerujemy śpiewając „I will fallow the Lamb wherever He goes” Lubię dostrzegać ludzi i to co się dzieje dookoła, mężczyznę na rowerze, który mimo tego że pedałuje do tyłu jedzie do przodu, ludzi którzy na swoich głowach noszą najróżniejsze przedmioty, kilka krzeseł na jednej małej głowce, dwie skrzynie z Fanta (ogromny ciężar), drewniane pale które swoją długością przewyższają wzrost człowieka dwukrotnie, człowieka na rowerze z pudłami dwa razy wyższymi od niego a na pudłach, bez zażenowania czy strachu przed upadkiem siedzącego kolegę (myśle ze wysokość od ziemi była około 5 m), człowieka bez nóg, który na swoich rękach przechodził przez jedną z bardziej ruchliwych ulic Kigali. Czasami szukałam w życiu cudu, czegoś spektakularnego, czekałam na jakieś wielkie zmiany nie zauważając że życie jest cudem, jest czymś spektakularnym , niepojętym, w którym nieustannie się coś dzieje, co jeśli zechce może przynieść wielkie zmiany..czy widzisz to?

Ostatnio w środe byłam na targu wraz z Beatrice - jedną ze starszych dziewczynek. W drodze powrotnej jak to mam w zwyczaju pozdrowiłam grupe tutejszych kobiet. Jak tylko je minęłyśmy kobiety zaczeły ze sobą rozmawiać, komentując że muzungu muszą kochać ludzi bo zawsze pozdrawiają ich na ulicy...wow, coś jednak musi być w tym banalnym ulicznym pozdrowieniu jeśli zasługuje ono na takie świadectwo z ust nieznajomych ludzi.

W międzyczasie Isaac wysłał mnie na 4 dniową konferencję dla ludzi pracujących z młodzieżą, organizowaną przez Brytyjczyków. Mimo tego iż jestem w Afryce byłam torszkę zdziwiona że po raz kolejny jestem jedynym muzungu...wszyscy uczestnicy byli lokalni. Czas wartościowy, towarzystwo interesujące a na zakończenie nawet dostałam Dyploma ;) Po raz kolejny fascynujace dla mnie było obserwować kulture, ludzi, podczas rozmów, współpracy w czasie ćwiczeń grupowych. Widzicie, afrykańczycy to głośni ludzie, bardzo entuzjastyczni i jak już przyłożą do czegoś ręce to są bardzo zaangażowani...no dobrze muszę wam napisać chociaż jedną zabawną sytuacje która mi się przytrafiła. Jednego dnia moja grupa miała przedstawić scenkę w której jedna osoba była nauczycielem a reszta grupy dziećmi. No i teraz o tym ich entuzjaźmie i zaangażowaniu. Ponieważ było to jedno z ostatnich ćwiczeń tego dnia byłam już trochę zmęczona..siedziałam więc cichutko pomiędzy dwoma kobietkami. Grupa się zaangażowała, nie ma to tamto..prowadzili rozmowy, powiedziałabym nawet, że zachwywali się i wysławiali jak małe dzieci..w końcu jedna z kobiet powiedziała do mnie „ty nie jesteś jak dziecko!!” powiedziałam grzecznie, że jestem tyle że może nadąsane, jednocześnie w myślach życząc sobie by dała mi święty spokój...ale to nie wystarczyło..jedna wyrywała mi notatki z ręki, a druga pięścią zaczeła mnie popychać jakby prowokując do bójki. No cóż, po takie akcji nie wiele musiałam udawać;) Na ratunek przyszedł mi nauczyciel.
Od jakiegoś czasu z pomocą mama Jo zajnowałyśmy się projektem „KOZA”. Streszczając jego ideę , powiem wam, że jest to akcja, która ma na celu błogosławić lokalnych ludzi. Pierwotnym planem było obdarowywanie jedzeniem, ale po pierwszym spotkaniu z panem z lokalnych władz, który zasugerował żeby zamiast jednorazowego jedzenia rozdawać ludziom kozy, które będą trwalszym dobrem, uznaliśmy że to dobry pomysł. Od jakiegoś czasu więc próbujemy wdrożyć go w życie...Słyszeliście może o tym że na zachodzie ludzie mają zegarki a w Afryce czas? Zanim doszło do kroku drugiego „wizyty u rodzin” operacji „Koza” minęło trochę czasu gdyż spotkania były odwoływane kilka razy. Nie mniej jednak kilka dni temu z listą najbiedniejszych rodzin w rejonie, wraz z mama Jo udałam się do wioski w której będziemy działać. Zabawną sytuacją po drodze było, kiedy lokalne dzieciaki ku mojemu zaskoczeniu nie wołały mnie muzungu. Niespodziewanie w powietrzu unosiło się zaczepne wołanie HEJ KOREA KOREA ;) Zdziwiłam się, tego dnia Tate nie zaplotła mi włosów a dzieci były na tyle małe, że nie wyglądały na takie co obczajają temat populacji ludzkich , więc skąd ta Korea? Mama Jo wyjaśniła mi mój dylemat..niedaleko od wioski koreańczycy rozpoczeli projekt budowy szpitala, a przy tym prowadzą tam przedszkole dla dzieci z wioski. Po jakiś 20 min marszu dotarłyśmy na miejsce. Chyba nie powinnam być bardzo zaskoczona tym, że akurat w tym czasie odbywało się spotkanie całej wioski z szefem całego sektora. Ponieważ nie mogłam wyciągać ludzi ze spotkania zaproszono mnie na nie, z prośbą o krótkie przemówienie do ludzi. Hahaha nie mogłam nic na to poradzić że buzia mi się śmiała...w życiu nie przepuszczałabym, że będę miała okazje mówić do rwandyjskiej ludności w samym środku Afryki..dosłownie w środku. A pewnie że przemówie do ludu, a co..kto ma uszy niechaj słucha co Duch mówi ;) Gdy zostałam przedstawiona, oddano mi głos..zaczęłam od kilku zwrotów grzecznościowych które byłam w stanie zapamiętać do tej pory, po czym zaczełam dzielić się sercem, myślę że każdego kto przyczynił się do tego bym mogła znależć się w tym miejscu. Powiedziałam im że operacja „Koza” nie może być ludzkim pomysłem i nie jest to kwestia tego że „jesteśmy tacy dobrzy” ale jest to tylko i wyłącznie Boże działanie. Bo tylko Bóg jest w stanie poruszyć serce ludzi z kraju o którym istnieniu połowa z słuchaczy nie ma pojęcia, by dobrowolnie dali pieniędze dla ludzi, których nigdy nie ujrzą na oczy. Powiedziałam im, że ta symboliczna koza jest Bożym „nie zapomniałem o tobie i kocham cię” dla każdego z nich, o tym że Bóg widzi ich i chce im błogosławić! Nie jestem osobą która w publicznych wystąpieniach czuje się jak ryba w wodzie, nie wspominając już o moich słabościach, które nie dają o sobie zapomnieć, ograniczeniach i lękach które w obliczu takiego działania uświadamiają mi na nowo i na nowo jak Niepojęty jest mój Bóg, który właśnie w tych miejscach słabości objawia się i chce działąć. W takich okolicznościach nie ma miejsca na arogancję czy chlubieniem się swoją „wspaniałością” czy dokonanym czynem...w takich okolicznościach pozostaje tylko miesjce na chwałę i dziękczynienie Tacie! Po spotkaniu zaczęłyśmy odwiedzać rodziny. Lepianki z dziurawymi dachami, lub szparami w ścianach, domy bez drzwi i okien były zamieszkane głównie przez sieroty i wdowy. Nie byłyśmy w stanie odwiedzić każdego, gdyż słońce już zaszło, a niekórzy z wybranych mieszkali na przeciwległym wzgórzu. Na informacje, że nie odwiedzimy wszystkich, jedna wdowa, która była niczym nasz cień, z drżeniem w głosie zapytała czy nawet jeśli jej nie odwiedzimy to czy i tak otrzyma kozę. Kochani, wszyscy wy, kórzy kupiliście pocztówki, które sprzedawałam będąc w Polsce i wszyscy wy którzy daliście pieniądze na tą akcję, wasza hojność dotarła do Afryki, wpływając na wielu ludzi i ich życie. Nie tylko materialne, obdarowaliście tych ludzi nadzieją i radością. Dziękujemy!
Ponieważ w Afryce nie istnieje słowo „natychmiast „ czy też „niezwłocznie”, za dobrych kilka dni przejdziemy do etapu trzeciego i już ostatniego, którym jest podarowanie kóz.

Pozdrawiam was ciepło i do napisanka




sobota, 11 czerwca 2011

you are intelligent!

Pomyślałam sobie że tym razem nie zacznę posta od dosyć oczywistego stwierdzenia, że czas leci jak szalony, ale nie mogę nic poradzić na to, że gdy zabieram się do pisania i odwracam się wstecz, wspominając minione wydarzenia pierwszą refleksją jaką mam jest to, że kolejne tygodnie minęły jak kilka dni. Dzisiaj Daniella i Jessi opuściły VF i poleciały do Europy po kolejne przygody.
Jest słoneczne gorące popołudnie, a ja właśnie wróciłam z lekcji komputera z mamkami. Bardzo lubie te zajęcia, moje uczennice (w każdm bądź razie większość) szybko się uczą, w tle zawsze puszczam spokojną muzykę, która w klasie całkowicie nagrzanej i naświetlonej promieniami słonecznymi, stanowi pewnego rodzaju balsam nie tylko dla uszu ale i dla zmęczonej upałem duszy. Zanim przyleciałam do Rwandy, w przeddzien wylotu, podczas ostatnich zakupów, nie zastanawiając się za wiele kupiłam 10 pomadek ochronnych. Dzisiaj podczas lekcji wręczyłam je mamkom. Ten drobny upominek wywołał szczery i promienny uśmiech na ich twarzach pod którym u niektórych mogłam zauważyć małe zawstydzenie.... po raz kolejny byłam zbudowana i zszokowana tym, ile taki niewielki gest może dać radości drugiemu człowiekowi. Zwarzywszy na to że wartość pomodki jest 1/6 wartości miesięcznej wypłaty mamki, produkt ten jest raczej luksusowy...nie zdawałam sobie z tego sprawy gdy płaciłam za nie w kasie nie więcej niż 5 pln za sztukę. Pomyślałam sobie, że warto jest zdobywać się na te niewielkie, może nawet dla nas samych nieznaczące gesty wobec ludzi, bo może się okazać, że coś, co mnie nie kosztuje nic, dla drugiego człowieka ma wielką wartość/znaczenie.

Jednej niedzieli razem z Isaac, Papa Jo i dzieciakami pojechaliśmy na „boisko” by zagrać mecz piłki nożnej. Miejsce gdzie rozegrał się mecz jest naprawdę urokliwe. Po jednej stronie roztacza się piękny krajobraz wzgórz a po drugiej droga przy której nie za gęsto stoją budynki. Czasami na drodze pojawiają się lokalni mieszkańcy, którzy mijając nasz mały„stadion” zatrzymują się by tym samym stać się kibicami. Samo boisko bardziej przypominało łąkę, zamieszkaną przez żaby i różnego rodzaju latające stworzenia. Poza tym miejscami do kolan rosły kępy trawy, a w niektórych „zagajnikach” chowały się dołki rozkopane przez...nie mam pojęcia przez kogo/co. Żeby było zabawniej w czasie gdy mieliśmy rozegrać mecz, na tym właśnie terenie odbywała się lekcja nauki jazdy motorem. Przez większą część gry, dwóch tubylców (z których prawdopodobnie jeden miał prawo jazdy) krążyło wokół boiska, co jakiś czas stając w miejscu ,bo silnik motoru gasł(zdarzyło się, że zgasł tuż przed bramką:)) Jako że wśród chętnych do gry byli przedstawiciele Polski i USA uformowaliśmy drużyny Polskafryka i Amerykafryka. Po dwóch godzinach gry wynik był 7:1 dla drużyny Polskafryka – oh yeah ;). Podczas meczu nikt nie złamał nogi, żaden „motocyklista” nie został wyeliminowany przez przypadkowe uderzenie piłką ani żaden gracz nie zginął pod kołami motoru, żadna żaba nie zginęła pod butem graczy...mówiąc krótko - kolejny dzień PRZEŻYTY pozytywnie.

W każdą ostatnią sobotę miesiąca urządzamy w sierocińcu TalentShow. Większość dzieciaków przygotowuje coś, co chciałoby zaprezentować przed innymi. W tym czasie były z nami Daniella i Jessi więc i one przedstawiły swój talent. Jednego wieczoru, po kolacji Jessi ujawniła nam swoją jak twierdzi „genetyczną wadę”, która daje jej możliwość obrania i zjedzenia banana stopami. Nie trzeba było jej długo przekonywać że obranie banana stopami jak małpa przed gromadą afrykańskich sierot będzie idealnym show...i tak też było, wszyscy mieli dobrą zabawe. Danielli talent był większego, albo raczej innego kalibru. Ponieważ przez lata wykonwała różne ćwiczenia gimnastyczne..uwaga..na koniach, przygotowała układ gimnastyczny który zaprezentowała na dosyć wąskiej, wysokiej ławce. Już sam fakt, że weszła do sali na rękach uciszył wrzawe i wprowadził w zdumienie i zachwyt widzów. Wszyscy podczas całego jej pokazu zamarli...tyle, że ja zamarłam z przerażenia, że zaraz skręci kark. I nawet był taki moment w którym, podczas dosyć egzotycznej figury, podczas której Daniella była głową do dołu, ławeczka zaczęła się chwiać, a ja z przerażeniem zrzuciłam z kolan Brook by ją uratować...Mój wyskok jak się okazało, był zbędny bo Daniella miała świetną wprawe w utrzymaniu równowagi na koniach...więc co tam dla niej taka ławeczka, ale za to Snake Killer zanosiła się od śmiechu widząc mnie w akcji..Reszta „talenciarzy” śpiewała, tańczyła lub grała krótkie scenki, które nic mi nie mówiły jako że były w ojczystym języku aktorów. Jednym z talentów był wystep Simona i Sabato, którzy wykonywali niemy rap do którego wykonywali raperskie ruchy. Jak sie pod koniec występu okazało utwór nie był niemy...ale chłopcy tak cicho rapowali, że nie było ich słychać z dystansu 2 metrów. Ja osobiście nie przedstawiłam żadnego talentu...trochę wymigałam się od tego tym, że tydzień po TalentShow szykowała się kolejna impreza, w której mój udział był większy.
A tydzień po TalentShow mieliśmy dzieciaków urodziny. Ponieważ nie wiemy kiedy i ile nasze dzieci mają lat, raz w roku organizujemy urodziny dla wszystkich. To był dzień, w którym nie miały one żadnych obowiązków, poza jednym...dobrej zabawy. Na śniadanie zamiast owsianki każdy znalazł na talerzu pączka i banana plus ciepła herbatka. Po śniadaniu wszyskie udały się do kościoła, gdzie dzień wcześniej razem z dziewczynami udekorowałyśmy sale i rozstawiłyśmy paczki z prezentami...ale była radość. Przed lunchem, który tego dnia stanowiło amerykańskie BBQ, przez kilka godzin malowałam dzieciakom twarze farbami (face painting) a dziewczyny z chętnymi robiły korale i bronsoletki z koralików. Wczensym wieczorem nadszedł czas na kolacje i program urodzinowy, w którym między innymi mamki śpiewały dla dzieciaków piosenkę Arki Noego „taki duży taki mały może świętym być” z pokazywanie!!!;) plus rwandyjskie tańce, w którym i ja miałam swój udział, jako jedyna biała owca..podoba mi się ta rola ;).Ale to jeszcze nie koniec wrażeń...wieczorem wyświetliliśmy na pożyczonym projektorze film dla dzieciaków. Wielkim zaskoczeniem było, gdy okazało się że nasze dzieci mogą osiągnąć stan, w którym odmawiają jedzenia, a którym w tym przypadku były paczki popcornu, które Isaac zrobił poprzedniego wieczoru...To był wzruszający i piękny dzień...a owocem jego były uśmiechy na twarzach dzieciaków. Chyba każdy na swój sposób to przeżył...dzieciaki już kilka dni wcześniej pytane czy wiedzą co za dzień jest 4 czerwca zaczynały śpiewać „i wish you a merry christmas” tak podekscytowane nadchodzącym wydarzeniem że nieświadomie myliły okazjonalne melodie, a w noc przed mamrotały przez sen „my sausage”-„moja kiełbaska” (relacja Mama Jo). Mamki miały dużo więcej pracy jako że posiłki były znacznie obfitsze a tego dnia nie mogły liczyć na pomoc dzieciaków. Misjonarze „stawali na rzęsach” by tego dnia dzieciaki miały tyle frajdy i zabawy, by w ciągu dnia nie było chwili znudzenia czy zawiedzenia.

Trzy dni przed wylotem dziewczyn, razem z Daniella podjełyśmy się małego projektu odnowienia znaku przy wjeździe na teren sierocińca. Zadanie z każdym dniem przynosiło więcej i więcej zmęczenia, ale widoczne efekty dodawały nam siły. Zmęczenie głównie wynikało z tego, że przez całe dnie pracowałyśmy przy szosie w totalnym upale, najpierw zeskrobując starą farbę, potem szkicując nowy bilbord a następnie malując go farbą. Prace zaczęłyśmy w środę czyli dzień targowy. Tego dnia na ulicy jest więcej ludzi niż zwykle co oznaczało że byłyśmy obiektami obserwacji większości mieszkańców Nkoto. Generalnie nie przeszkadzało mi to zupełnie..w pewnym sensie było to nawet dosyć zabawne i podejrzewam, że w oczach tubylców widok dwóch kobiet muzungu pracujących całe dnie przy drodze był jak obraz „Panny z łasiczką” bez łasiczki..czyli niewyobrażalny. Były momenty w których przechodzący po drugiej stronie ludzie byli tak na nas zagapieni, że nie zauważali przerwy pomiędzy jednym chodnikiem a drugim (by deszczówka mogła spływać) i wpadali w nią gubiąc buty i obdzierając kolana. Pierwszą ofiarą był mężczyzna, który obdarł kolana i zgubił klapka. Pozytywne w tym wszystkim było to, że sam z siebie potrafił się śmiać..a nam nie pozostało nic innego jak okazać współczucie rzucając przez ulice „KOMERA KOMERA” co oznacza „przykro mi że to ci się przydarzyło”. Kolejną ofiarą była kobieta z niemowlakiem na plecach. Ta z kolei obdarła nadgarstki , zgubiła klapka i owoce, które wyleciały jej z upuszczonych toreb. W jej przypadku podbiegłam do niej, by pomóc jej pozbierać owoce i sprawdzić czy dziecię, na którym jak się po chwili okazało upadek nie zrobił żadnego wrażenia, ma się dobrze. Przez cały czas towarzyszyły nam miejscowe dzieciaki, które wymieniały się co jakiś czas. Niektóre prosiły (żebrały) o buty, zdarzali się też rowerzyści, którzy przejeżdżając obok zatrzymywali się i prosili o farbę (dosadnie wskazując na puszkę z farbą) by pomalować sobie rower (tutaj palec wędrował na pojazd, którym się poruszali). Niektóre dzieciaki próbowały zagadnąć...np. jedna dziewczynka rzuciła szybko i pewnie „you are intelligent”-„jesteś inteligentna” na co ja „thank you, how do you know that?”-„dziękuję, skąd wiesz?” na co ona „i don't speak english”-„nie mówię po angielsku”..no i tak sobie gawędziłyśmy z tą młodszą częścią lokalnej społeczności

Cały czas dowiaduje się nowych rzeczy o tym miejscu...kraju. Dwa tygodnie temu zaczął się suchy sezon, który charakteryzuje się tym, że po pierwsze jest sucho;) (ziemia jest już miejscami popękana z braku deszczów), poranki i wieczory bywają chłodnawe, natomiast w ciągu dnia panuje upał, który powiązany z kurzem, który unosi się wszędzie, napierw atakując stopy po czym po mału osadzając się na nosie i w nosie, staje się sezonową zmorą. Ale ja miałam o tych nowinkach pisać..a więc właśnie lunął deszcz...a w zasadzie to mamy tu niemałą burzę...grzmoty i pioruny...a z nieba jakby ktoś wiadrami lał...Dowiedziałam się właśnie że podczas pory suchej pojawiają się dwa deszcze, które jakoś tam się nazywają, a sama Rwanda jest miejscem, w którym występuje najwięcej piorunów na świecie (wg mapy klimatycznej świata). Światło w domu co jakiś czas gaśnie, ale w tym czasie piorny z zewnątrz oświetlają pokój...idę trochę je popodziwiać.