niedziela, 8 maja 2011

Simplicity of the life

Witajcie drodzy obserwatorzy. Czas leci jak szalony i oto już od ponad tygodnia jestem w Afryce, kraju w którym czas mija jakby wolniej, ludzie żyją bez pośpiechu a prostota życia jest wizytówką narodu. Przygotowania do wyprawy przebiegały znacznie spokojniej niż za pierwszym razem...pewnie dlatego, że w przeciwieństwie do pierwszego razu wiedziałam, czego mogę się spodziewać, gdzie jadę, kogo spotkam...podekscytowanie tą wyprawą przeżywałam w zupełnie inny, niewioczny dla oka ludzkiego sposób, a emocje nie targały mną już tak jak kobietami w błogosławionym stanie ;) Tak czy inaczej oto jestem tutaj, na czarnym lądzie gotowa na to co ma być. Powitanie mnie w domu piękniejsze być nie mogło. Kiedy wjechaliśmy na teren sierocińca nagle nie wiadomo skąd przybiegły dzieciaki..tak jakby skradały się za rogiem budynku czekając na odpowiednią chwilę by napaść na ofiarę, którą w tym szczęśliwym wypadku byłam ja. Jeden z chłopców miał w ręku chorągiewkę, wbiegając z nią na podwórko wygladał jak zwycięzca, który zaraz wbije flagę w ziemię, którą zdobył. Gdy wygramoliłam się z samochodu zaczął się czas przytulania, radości i skakania ...bardzo przyjemna chwila.
Pierwsze dni mijają mi dosyć spokojnie. Obserwuje co dzieje się każdego dnia, by móc zorganizować się z zajęciami, które będę prowadziła. Jak na razie codziennie mam tzw. library time, podczas którego dzieciaki czytają książki, kolorują kolorowanki (Lidzia dziękuję za nowe sztuki, są bardzo przydatne), układają puzzle. Po mału stają się mistrzami w układaniu ich...chociaż początki były trudne. Dzieciaki nie miały w ogóle koncepcji dopasowywania elementów..wciskały puzzle zupełnie nie pasujące do siebie..już nie tylko kształtem ale i kolorem czy wielkością pytając mnie jakieś sto razy na minutę „Aunti Wiola This!!” jednocześnie szukając w mojej twarzy aprobaty dla bezmyślnego układania ich...to było szalone. Poza tym w soboty zaczęłam lekcje komputera dla pracowników sierocińca plus oczywiście family time.
Od wtorku są z nami dwie dziewczyny z USA, które zostaną z nami przez trzy tygodnie. Daniela i Jessi są młodymi dziewczynami, które od stycznia tego roku zaczeły podróż dookoła świata, zatrzymując się w różnych krajacha na dwa lub trzy tygodnie by pracować zarobkowo lub też charytatwnie. Tak więc po wielu przygodach i miejscach, które odwiedziły, trafiły do nas. Niezwykle odważne i kreatywne, sypały z rękawa umiejętnościami i przygodami, które przeżyły. W pewnym momencie miałam wrażenie, że słyszę Sereny myśli więc powiedziałam jej na boku „ My permanent job is to not compare to other people” „Moją permanentną pracą jest nie porównywanie się do innych”. Jej spojrzenie mówiło, że rozumiemy się bez słów. Potem powiedziała mi, że to głupie, ale często ma odczucie że jej ciągle czegoś brakuje i że to co robi nie jest "aż tak fajne". Potrzeba doświadczania więcej i więcej może być dobra sama w sobie, ale źle zmotywowana zwykłą zazdrością może przyprowadzić człowieka o ból głowy i niską wartość własną. To ciekawe, że człowiekowi tak trudno jest uwierzyć, że to kim jest, z tą osobowością i darami, które posiada jest absolutnie bezcenne i unikatowe i stanowi całość zjawiska zwanego „Różnorodnścią”.Ciesze się bardzo, że dziewczyny są z nami...więcej ludzi to więcej zabawy, pomysłów, więcej pomocy przy dzieciakach i jak się okazuje świetne miejsce by być skonfrontowanym z samym sobą.
Jednego z pierwszych dni przyszedł do mnie Simon i wręczył mi pracę domową, którą zadałam dzieciakom w styczniu przed odlotem. Stałam jak wryta nie wierząc własnym oczom. Na pierwszy rzut oka może to nie wydawać się niczym szczególnym, ale jak wiesz, jak dzieciaki funkcjonują to kawałek papieru z stycznia wyda ci się wartością muzealną. Zwarzywszy na to, że dzieci często gubiły pracę domową już po tygodniu, wyrzucały ją, darły, z kartek robiły samoloty, kulki lub po prostu je jadły, tzn ciućkały kartkę tak długo aż stała się obrzydliwa i do niczego podobna to uchowanie kartki papieru przez 4 miesiące w całkiem dobrym stanie jest wyczynem, który przyprawił mnie o szklane oczy.
Pewnego dnia jedna z mamek wybierała się do szpitala na badania, które co miesiąc są przeprowadzane dla ludzi z HIV. Ża każdym razem jest to dla niej kilkugodzinny spacer tam i z powrotem. Chciałam jej towarzyszyć. Spytałyśmy jej, czy fakt że trzy muzungu będą szły za nią krok w krok (Serena i Jessi też się wybrały) nie będzie dla niej krępujący i ponieważ odpowiedź brzmiała „nie” w piątek o 7.00 rano rozpoczęłyśmy spacer. Maszerowałyśmy przez wzgórza przez kilka godzin...momentami nie wiedziałam czy to widoki zapierały mi dech w piersiach czy zmęczenie...pierwsze odcinki podchodzenia pod górę były męczące i jedyną myślą, którą mogłam słyszeć w głowie było „ keep breathing” „nie przestawaj oddychać”. Miałam wrażenie że sapię jak stara lokomotywa...czuliście się tak kiedyś? Skrępowana sobą zaczęłam próbować zredukować oddech..może jak będę oddychać tylko buzią nie będę tak buchać, albo wstrzymam oddech na chwilę..nic nie pomagało. ale jak się potem okazało było nas więcej sapiących, ...ufff. Na drodze spotykałyśmy ludzi pracujących na polu, dzieciaki biegające wokół chat, które mijałyśmy..bardzo podobało mi się przyglądanie się codzienności miejscowych tubylców. A to wszystko na tle zielonych wzgórz, zamieszkałych nie tylko przez ludzi ale także przez całe mnóstwo różnych gatunków ptaków, które z rana wydawało się śpiewały jeszcze głośniej. Były miejsca, w kórych mogłabym po prostu usiąść na kamieniu i przysłuchwać się temu co mnie otaczało...powstrzymując łzy od wzruszenia...Drugą myślą, która pojawiała się w mojej głowie był werset, który mówi o tym, że całe stworzenie ogłasza chwałę Boga, swojego Stwórcy. Wydawało się, że absolutnie wszystko uwielbia go przez to, że jest po prostu tym do czego zostało stworzone. W tamtej chwili było to takie proste i oczywiste... Po dwóch godzinach dotarłyśmy do celu...jakieś pół godziny czekałyśmy na mamę Faide po czym ruszyłyśmy w drogę powrotną...
Dopiero tydzień minął a ja, chodziaż materialnie nie posiadam nic, czuję się taka bogata...paradoksalne, ale prawdziwe..nie chce powiedzieć że materia nas ograbia z doświadczania pełni życia , ale może gloryfikowanie jej czy też pożądanie jej w życiu bardziej niż Życia, przysłania nam oczy, tak że często nie potrafimy cieszyć się drobnostkami, które składają się na to co nazywam szczęściem. Dziękuję wszystkim, dzięki którym mogę poszerzać swoje serce..w pierwszej kolejności Tacie, mojej absolutnie cudownej rodzinie i przyjaciołom.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

cdn...

Drodzy obserwatorzy...
Oto wróciłam do kraju i tak już od dwóch miesięcy chłonę wszystko i wszystkich dookoła przy okazji podziwiając wkraczającą pomału wiosnę...Co prawda zima w tym roku przeszła mi koło nosa..ale i tak pierwsze ciepłe dni wiosny cieszyły mnie tak jakbym razem z wami doświadczyła wiele dni zimy z 'dziadkiem mrozem' u boku.
Czas ten jest również czasem przygotowań do następnej wyprawy. Z końcem kwietnia wracam do moich dzieci w Rwandzie. Tym razem mój pobyt planuję na trochę dłużej niż trzy miesiące...
Ostatnio myślałam sobie, że od chwili kiedy moje marzenie spotkało się z myślą by je zrealizować a myśl ta przerodzia się w działanie..od samego początku a może i wcześniej Tata nieustannie, we współpracy czy zupełnie suwerennie zaopatruje mnie „od stóp do głów” i wspiera. Bez Niego cała ta przygoda nie miałaby miejsca. W zasadzie to odkąd mnie znalazł jako nastolatkę (a nawet wcześniej ;)) niezmiennie, pewnie, mocno a wręcz nawet uparcie trzyma mnie w swych ramionach i z perspektywy tych wszystkich lat widzę jak zawsze (bez względu na okoliczności jakiś doświadczałam)byłam i jestem bezpieczna..mając dobrą pracę i jej nie mając jestem bezpieczna, bedąc wśród rodziny i przyjaciół czy też daleko od nich jestem bezpieczna, w relacjach czy też w odosobnieniu jestem bezpieczna, mieszkając w komfortowym mieszkaniu czy miejscu gdzie jeszcze prądu nie dociągnięto jestem bezpieczna, w moim ukochanym kraju czy nieznanej Afryce..jestem bezpieczna...bo On jest!! Ciebie też szuka...dałeś się już znaleźć? Pozornie pozostanie w ukryciu daje nam poczucie bezpieczeństwa...ale dopóki nie wyjdziemy z cienia i nie damy się znaleźć nie doświadczymy czym ono naprawdę jest.

p.s. Chciałam powiedzieć że cd bloga nastąpi ;)

poniedziałek, 10 stycznia 2011

meat is meat

Minęło trochę czasu od ostatniego posta i chociaż wiele się działo to nie wiem za bardzo co napisać..albo raczej od czego zacząć. Może zacznę od zeszłorocznych Świąt...chociaż minęło dopiero kilka tygodni, brzmi to jakby były one dawno dawno temu i prawdę mówiac, tak też to odczuwam...a wy?
Zanim nastały Święta, wydawało mi się że w miejscu w którym temperatura powietrza w ciągu roku za bardzo się nie zmienia ale utrzymuje w granicach 20-30 stopni, gdzie nie ma choinek (chociaż w Kigali można było spotkać ulicznych handlarzy ze sztucznymi choinkami), i centrów handlowych w kórych ludzie omamieni zakupami i okazjami świątecznymi nie zauważają bliźniego, nie da się odczuć tego przedświątecznego szału przygotowań, który co roku wprawia w zachwyt lub też w rozpacz wielu muzungu. I chociaż szał ten nie jest tak silny jak na zachodzie, przygotowania przypominające o tym, że jest to czas świąteczny miały miejsce. W ostatnią środę przed Wigilią ceny na targu w Nkoto podskoczyły, wydawało się też, że jest więcej ludzi, przeciskających się między sobą. Czasami wydaje mi się, że ten targ jest pewnego rodzaju tygodniową atrakcją, na której pojawiają się wszyscy lokalesi nie zależnie od tego czy kupują, sprzedają czy też nie. Dzień przed Wigilią wraz z dzieciakami przystroiliśmy kilka drzew przed budynkiem kościoła. Za ozdoby mieliśmu papierowe łańcuchy, które wcześniej zrobiliśmy, kilka bombek zeszłorocznych oraz srebrne i czerwone świecące łańcuszki, które przywiozły ze sobą dwie dziewczyny z USA, które też zostały z nami przez 10 dni. Jedną z większych ozdób były czerwone lampki, które owineliśmy wokół krzyża na dachu naszego kościoła. Okazało się, że świecący lub migocący krzyż (w zależności od ustawień;))wywołał niemały szok i zamiesznie pośród lokalnych mieszkańców. Doszły do nas bowiem wieści, że pierwszego dnia gdy zapadł już zmierzch, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy a budynek kościoła zniknął w cieniu nocy, sąsiedzi i mieszkańcy wsi lekko się przerazili, gdy na niebie ujżeli świecący na czerwono krzyż. To zjawisko wywołało lekkie poruszenie wśród tubylców oraz zrodziło myśl, którą dało się słyszeć tu i tam, że Jezus powrócił.
Przy „wigilijnym stole „ zasiedliśmy koło godziny 14.30, czyli w czasie kiedy w rodzinnym domu mamutka pewnie wyrabiała pierogi albo pozbawiała ostatniego tchnienia świątecznego karpia. Kiedy my zakończyliśmy nasze wigilijne party, na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, czyli według tradycji moja rodzina zasiadła do stołu. Głównym i jedynym daniem tego dnia było mięso z kozy, pieczone ziemniaki, zielona fasola i marchewka oraz surówka z kapusty. Dzieciaki bardzo się cieszyły...lubią mięso, każdego rodzaju mięso. Kiedyś Isaac zapytał Tate (babcię) jaki rodzaj mięsa lubi najbardziej. Babcia zrobiła wielkie oczy po czym zdecydowanym głosem odpowiedziała „meat is meat” i wszystko jasne ;). Podczas wigilii przygotowany był program artystyczny w którym i ja miałam swój udział. Wspominałam wam chyba że uczę się ichniejszego tradycyjnego tańca. Moje podekscytowanie było równie wielkie jak zdziwienie zaproszonych sąsiadów gdy zobaczyli mnie w tradycyjnym rwandyjskim stroju posód 8 czarnych kobiet..po raz pierwszy byłam białą owcą w stadzie ;) Cały taniec przebiegł świetnie i chociaż wchodząc na scenę potknęłam się przydeptując sobie za długą spódnicę, która dzięki Bogu pozostała na mnie, byłam z siebie dumna;)))).
Pierwszy dzień świąt był dniem rozdawania prezentów. Każde dziecko i pracownik otrzymał torbę wypełnioną jakimś ubraniem, zabawkami i słodyczami...Nawet do mnie (po świętach bo po świętach ale..;)) dotarła paczka z Polski...wielkie DZIĘKUJĘ dla mojej wspaniałej rodziny!!!! Paczka docierała do mnie przez miesiąc, odebrałam ją 30.12.2010...i jak się okazało kabanosy, które między innymi w niej były, traciły swoją ważnośc właśnie tego dnia...uśmiałyśmy się z Jeredą...ale meat is meat...nic się nie zmarnowało;).

Pierwszego dnia roku wrócili z wakacji Isaac, Serena i Henry. Super było ich zobaczyć po 6 tygodniowej przerwie. Kilka dni po powrocie wybraliśmy się z Isaac, Papa Jojo i Bishop na 8h wyprawę na południowy zachód Rwandy. To była świetna przygoda. Dzień zaczęliśmu o godzinie 4.30 rano. Dwie godziny jazdy po asfaltówce i sześć godzin po nierównych jak ciasto karpatkowe drogach, które prowadziły nas w głąb Rwandyjskich wzgórz. Przez to kilka godzin przemierzaliśmy przez dzikie rejony, w cieniu których ukryte były małe wioski, tętniące swoim afrykańskim, powolnym i dalekim od znanej nam cywilizacji życiem. Nawet nie wiem jak opisać piękno tego kraju...nie tylko zapierające dech krajobrazy się na nie składają...ale zapachy unoszące się w powietrzu, ziół, drzew i całej tej flory kóra ubiera kraj zielonym płaszczem...i chociaż wszystko jest zielone, zieleń ta przybiera tyle odcieni, że wydaje się kolorowa. Ludzie, których spotykałam, na wydawałoby się zapomnianych drogach, prawie zawsze dźwigający jakieś pakunki, kosze czy butle z wodą na głowie, dzięki czemu ręce pozostawały wolne i gotowe by móc przywitać mijającego sąsiada, czy pomachać mijającym w samochodzie muzungu – wszyscy piękni. Zrobiałm jakieś 650 zdjęć, z czego niestety jakaś połowa jest niewyraźna bo trzęsło nami w tym samochodzie okrutnie. Po południu wytrzęsieni, zakurzeni i szczęśliwi wróciliśmy do domu.
Dzisiaj rozpoczyna się kolejny rok szkolny, po trzy miesięcznych wakacjach dzieciaki wracają do szkoły. Wszystkie są wyjątkowe i ulubione. Nie wiem jak to do końca działa ale czuję to. Kocham to jak 3 letni Zach biega ogladając się za siebie..I to jak Abby chodzi, kręcąc swoją małą dupeczką, ale zarazem dając wrażenie że jest małym czołgiem, który staranuje wszystko co stanie na jej drodze. To jak Brook się skrada i wydląda wtedy jak szpieg z krainy deszczowców. Kocham to jak Cloude się śmieje i to jak Elias siada koło mnie, zadziera nogę, opiera się o moje kolana wtapiając się we mnie tak jakby wpasowywał swoją drobną sylwetkę w fotel. Lubię jak Arsen się na mnie wspina i jak Simon gdy jest podekscytowany skacze, klaszcze i w zasadzie używa całego swojego ciała by wyrazić zadowolenie...to jak Fiesto porusza się czasami jak Elastyna z Iniemamocni i jak Shema przechodząc leniwym krokiem w rękami w kieszeni, nie podnosząc wzroku, rzuca jakby od niechcenia, jednocześnie jednak zwracając się właśnie do ciebie „I love you” lub „God bless you”... po prostu Perełki.

Będę kończyć moi drodzy..
Trzymajcie się ciepło