środa, 21 marca 2012

I'm strong

Nadeszła pora deszczowa. Do maja powinniśmy mieć tu regularne opady, co kojarzyć się może z szarościa i mało przyjemną porą roku. Tak jednak nie jest, gdyż pomiędzy ulewami, słońce świeci i swoim gorącem osusza ziemię w mgnieniu oka. W tym właśnie sezonie wszystko wydaje się zieleńsze a słoneczne dni wydają się jeszcze upalniejsze niż podczas pory suchej.

Projekt wymiany materacy w sierocińcu został zrealizowany. Kilka tygodni temu wraz z Isaackiem i mama Jo udaliśmy się do Kigali na zakupy. Mama Jo zabrała nas do sklepu z najlepszej marki rwandyjskimi materacami. Przy wejściu, za niewielkim stołem, na którym było kilka kartek papieru, kalkulator i kasa, siedziała pani sprzedawczyni. Nie ruszając się z miejsca, wskazała nam palcem na materace po czym obliczyła jaki rabat możemy otrzymać przy zakupi większej ilości.
Ponieważ na sklepie nie było 68 sztuk z rodzaju który wybraliśmy, umówiliśmy się, że w drodze powrotnej (czyli po około 3 godzinach) sfinalizujemy sprzedaż. Z powodu deszczu który nas zastał , cała akcja została przełożona na inny dzień. Tego innego dnia, który miał miejsce tylko kilka dni później, a był to słoneczny dzień w kórym nie zapowiadało się na deszcz, pojawiliśmy się w sklepie ponownie. Stół i pani która przy nim siedziała wyglądała jak gdyby nie ruszała się z miejsca przez cały ten czas. Wyglądało na to że niewiele się działo przez te kilka dni a jednak pani z uśmiechem na twarzy obsłużyła nas. Zupełnie inne doświadczenie miałam tuż przed wylotem kiedy pani w markecie na wyspie z cukierkami na widok mnie i mamutki skrzywiła się tak jakbyśmy przeszkodziły jej w robieniu „nic”. Oliwy do ognia dodała moja prośba by odliczyła 70 cukierków. Cmokała (oznaka niezadowolenia) przy co drugim odliczonym cukierku – to było dosyć zabawne... no ale wracając do materacy. W sklepie czekały na nas już odliczone sztuki. Teraz była tylko kwestia zorganizowania transportu. Udaliśmy się na inną ulicę na której znaleźć moża było sporo „wozów dostawczych” Gdy informacja o tym czego dwoje muzyngu (ja i Isaac) tutaj szuka poszła w eter, zaraz otoczyła nas grupa mężczyzn. Po chwili zorientowaliśmy się, że większą liczbę stanowią ci, którzy nie są w stanie nam pomóc w żaden sposób. Jedni przekrzykiwali drugich, jakiś nieznajomy mimo chodem spróbował szczęścia oświadczając mi się. Takie „szybkie” (zadziwiające, ale zdążylśmy się sobie przedstawić) oświadczyny kobiecie muzungu są tutaj tym czym w Polsce totolotek...to jednak nie był szczęśliwy dzień dla tego pana. Upłyneło trochę czasu zanim z tego zbiegowiska wybraliśmy gościa, który miał samochód i był dostępny od ręki. Pojechaliśmy z nim do sklepu i załadowaliśmy materace na przyczepę. W drodze do sierocińca towarzyszyłam naszemu kierowcy tylko ja (Isaac i mama Jo wrócili do Kigali załatwiać swoje sprawy). Ciekawa byłam tej przejażdżki zwłaszcza, że już pod sklepem ,cofając kierowca zarysował/wgniótł tył samochodu stojącego na parkingu. Zanim dojechałam do sierocińca zmienił się kierowca samochodu, po drodze na szczęście nie było już żadnych niespodzianek. Wlekliśmy się jak „kulawy” ślimak...ale tym razem wcale mi to nie przeszkadzało...małymi KROCZKAMI byle do przodu. W sierocińcu radość z materacy była wielka. Niektóre dzieciaki wciąż moczą się w nocy, dlatego dla nich kupiliśmy specjalne maty, które jednego całego dnia przyszywaliśmy do materacy. Rozdawanie materacy lokalnym ludziom wciąż przed nami. Jeszcze raz wszystkim dziękuję za pomoc!

Nowe materace

Ponieważ rano zazwyczaj mam library time z dzieciakami, rzadko zdarza mi się pomagać w kuchni, czego mi naprawdę brakuje. Jednego dnia, kiedy udało mi się dołączyć do mamek i dzieciaków, mama Faida podskoczyła na krześle i z uśmiechem przekazała mi miskę z pomidorami, papryką i cebulą – nikt tutaj nie lubi kroić pomidów. Claude siedząc obok mnie śpiewał pod nosem Ce Ce Celina przypominając mi Kazika Staszewskiego i jego piosenkę Celina. Dziewczynki podchwciły kilka polskich słów i przez cały czas rechotały ze śmiechu wypowiadając je na głos. Kilka dni później Liliane wołanie „Kocham cie cioci Wiola” made my day.

Czasami wciąż towarzysze dzieciakom w drodze do szkoły. Od czasu incydendtu z kobrą plujką zmieniły one trasę i teraz trochę nadrabiają wybierając drogę przez Nkoto (centrum wsi gdzie też znajduje się środowy market). Nawet podoba mi się ta zmiana...nowe krajobrazy malują się przed oczami. A propos krajobrazów, jednego dnia odprowadzałam dzieciaki do szkoły...dzień należał do przyjemnych jako że słońce schowane na pochmurnym niebie nie prażyło aż tak bardzo, wiał przyjemny wiatr. Krajobraz stanowiły ciemno zielone wzgórza, niebo było pochmurne więc cały krajobraz przybierał ciemnych barw...No cóż nie cały, nie wiem jak przez te gęsto ściśnięte chmury przebiło się słońce, jego promienie nie były widoczne gołym okiem...a jednak jedno wzgórze, to najniższe było całe oświetlone...zieleń była soczysta i jaskrawa, miejsce to świeciło jakby samo z siebie pośród tych wszystkich ciemnych, wyniosłych wzgórz. Niesamowity widok, wręcz nieprawdopodobny, przykuł on moją uwagę od razu i przyznam się że nie mogłam spuścić oka z tego jednego, położonego na samym dnie wzgórza. Myślę że miejsce kiedy „świecimy” najbardziej jest miejcem kiedy jesteśmy uniżeni/najniżej...W dzisiejszych czasach uniżenie kojarzy się ze słabością, może dlatego że wszystko dookoła krzyczy że kiedy się uniżasz to jakby odzierano cię z godności, że to ci wywyższający się coś znaczą i do czegoś dochodzą, mają autorytet i respekt innych... No cóż, pewnie myślałabym tak samo gdybym nie sptkała na swojej drodze życia pewnej Osoby, która mimo tego iż była/jest Królem był uniżony aż do samej śmierci...i chociaż na początku wydawałoby się że to przyniosło Mu porażkę, w rzeczywistości dało zwycięstwo, chwałę i autorytet do sądzenia żywych i umarłych. Jego królestwo jest do góry nogami. W nim nie tylko przebaczasz wrogom ale ich kochasz, kiedy chcesz być zauważony czynisz rzeczy w ukryciu, a te rzeczy, które robisz w ukryciu rozgłaszane są na dachach. Jeśli chcesz w nim żyć musisz umrzeć, a jeśli chcesz mieć pozycję stajesz się sługą wszystkich...czyste wariactwo. Ale kiedy jesteś zakochany w Królu, stać cię wtedy na to szaleństwo.

Raz w tygodniu staram się mieć z dzieciakami jakieś zajęcia plastyczne. Już po krótkim czasie mój pokój zaczął tonąć w ich pracach dlatego założyłam każdemu teczkę by móc zachowywać dzieła ich rąk. Isaac zgodził się też kupić kilka wielkich mat z liścia bananowca, które powiesiliśmy w holu kościoła. Dzięki temu mogę wywieszać ich prace tak by każdy mógł je oglądać...ale mi to radoche sprawia. Myśle sobie, że i dla dzieciaków to dobrze...pamiętam że jako mała dziewczynka cieszyłam się i byłam dumna gdy moja praca wisiała w holu przedszkola.


Prace dzieciaków

Na dniach nasz mały Cody miał mały wypadek. Jedną z jego ulubionych zabaw jest udawanie, że prowadzi motor za pomoca kijka. Niefortunnie upadł on okiem prosto na kij...Dzięki Bogu nic poważnego się nie stało i oko jest całe. I wiecie co, na drugi dzień znowu jeździł motorem po całym podwórku...

Jednego wieczora, gdy Tyrrellsi wybrali się do Kigali, zaprosiłam mamki na wieczór filmowy. Ostatnie tygodnie regularnie wyłączają nam prąd w godzinach wieczornych, kiedy przydałby się najbardziej, tak też i tego dnia miej więcej koło 18.30 wszędzie zapanowała ciemność. Prądu nie było do 22:00. W międzyczasie pojawiło się pięć mamek na umówiony seans. Zasiadły one na sofie i czekały na film...przez to kilka minut zapadła niezręczna cisza. W końcu włączyłam film, informując je, że baterii w komputerze mam tylko na kilka, może 10 min, ale może do tego czasu podłączą nam prąd. Nie podłączyli, a komputer zgasł w momencie, gdy na ekranie rozgrywała się akcja. Znowu zapadła głucha cisza, a my wszystkie siedziałyśmy w ciemnościach czekając na cud. Jakieś 15 min zajeło mi zanim żarówka zapaliła się w mojej głowie – komputer sierocińcowy! Bateria w nim była pełna dzięki czemu mogłyśmy dokończyć film. Tak na marginesie to powiem wam, że bardzo śmiesznie jest oglądać filmy z mamkami, przeżywają one i komentują przez cały czas. Tym razem dosyć regularnie w ciemnościach pokoju można było słyszeć, wykrzyczane w nerwach „Yesu wye” co znaczy „O Jezu”. Najśmieszniejszy był jednak moment gdy mama Serafina po udanej akcji zaczęła dziękować policjantom-aktorom za uratowanie dziewczynki w rąk złych ludzi.
Wspomnę jeszcze kilka sytuacji, które wydały mi się urocze/śmieszne/nie obojętne : w drodze do szkoły lokalne dziecię biegło do mnie z otwartymi ramionami, w końcu przytulając się do mnie, podczas spaceru z Sereną widziałąm kilku mędrców siedzących na ławeczce w głębokim buszu, popijających piwo bananowe, pomaganie małej jaszczurce wydostać się z prysznicowej bali, której ścianki były za wysokie by gad się wygramolił-byłam z siebie dumna!, moment w którym Valeria załapała, po kilkudniowym uczeniu jej alfabetu, jak we właściwej kolejności przepisać literki z tablicy na której był alfabet, Ines wołająca na mnie cieć Wiola zanim wbiła sobie do głowy ciocia Wiola, widok Brook, jednej z mniejszych i najchudszej dziewczynki, która niosąc 5 litrową butlę z wodą oznajmiła mi wskazując na swe „żabie ramionka” - I am STRONG!


Brook

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz